13 lutego 2017

Rozdział 24: Największą potęgą jest serce

*****

          Kiedy mroźnym, lipcowym wieczorem w progu domu Potterów staje Remus Lupin, James o nic nie pyta. Nie musi - wystarczy jedno, krótkie spojrzenie na twarz Lunatyka i Rogacz już wszystko wie. I w głowie zostaje mu jedna, okrutna myśl: życie nie zna litości. A ci, którzy cierpią, chociaż zasłużyli na szczęście, nie otrzymają jej. Nic nie zatrzyma ich bólu. Nie ma sprawiedliwości.

          Dorea prowadzi roztrzęsionego, przeraźliwie bladego chłopaka do salonu i sadza go na kanapie, by zaraz po tym wybiec kuchni, prawdopodobnie nie potrafiąc patrzeć chłopakowi w oczy. Remus jest przeraźliwie pobladły i trzęsie się niemiłosiernie. Siedząc na kanapie, kiwa się na przemian w przód i tył, dysząc ciężko i nie mówiąc kompletnie nic. James zajmuje miejsca u jego boku, niezdolny do wypowiedzenia jakichkolwiek słów. Jakie miałyby one znaczenie? Czy zmieniłyby cokolwiek? Czy byłyby w stanie odebrać choć odrobinę bólu Remusa?

          Czy przywróciłyby życie Hope Lupin?

          - Była taka blada... taka zimna - szepcze chłopak, a jego głos jest tak zachrypnięty i niewyraźny, że drugi Huncwot przysłuchuje mu się z największą uwagą, by móc go usłyszeć i zachowuje kompletną ciszę. - Chciałem... miałem podać jej leki. Próbowałem ją obudzić, ale ona spała... ciągle spała. Nie chciała otworzyć oczu. - Łzy płyną po zmęczonej, poranionej twarzy blondyna, a jego dłonie trzęsą się nienaturalnie. - Wołałem... prosiłem, żeby ze mną została... ale ona odeszła. Już jej nie było...

          - Remus...

          - Nie miałem dokąd pójść. Wybacz mi, James, ale naprawdę nie miałem dokąd.

          Patrząc na Lupina, zalewają go setki sprzecznych uczuć. Nie wyobraża sobie bólu, jaki musi odczuwać jego przyjaciel. Takie cierpienie trzeba poczuć na własnej skórze, by być w pełni świadomym, jak silne jest. James ma nadzieję, że nigdy nie będzie mu dane go poznać. Patrzy w miodowe oczy Lunatyka i nie widzi w nich żadnego blasku. Są puste i jedyne, co je wypełnia i sprawia, że nie wyglądają jak u zabawkowej lalki, to łzy. Potter wie, że Remus jak nikt inny poznał wagę śmierci. Tylko on miał z nią do czynienia twarzą w twarz. I wie, że nie można zrobić nic, by to zmienić. Cierpienie zdaje się stać nad Lupinem, ściskając mocno jego ramiona i nie chcąc wypuścić go ze swoich objęć. Jakie znaczenie mają teraz oni - Huncwoci, jego przyjaciele i wsparcie, jeśli nawet ich obecność nie może pomóc? Podnosili go po każdym upadku, nigdy nie pozwalali zbyt długo spoczywać na samym dnie. Ale widząc grymas na twarzy Remusa, James uświadamia sobie, że tym razem może nie udać im się przywrócić przyjaciela do dawnego stanu. Na samą myśl o tym zasycha mu w gardle i pospiesznie odwraca wzrok, wbijając go gdzieś w ścianę.

          I nawet w czasach wojny zdarzają się zwykłe śmierci, takie, gdzie jedyna walka, jaką toczysz, to ze sobą samym. Hope Lupin trwała w niej nieprzerwanie od wielu lat i w końcu poległa, zostawiając Remusa samego. Ale James chce ufać, że nadal jest tutaj, przy swoim synu. Nie widzą jej, nie czują jej obecności, ale część niej została przy Lupinie. Potter całym sobą wierzy, że miłość jest silniejsza niż śmierć.

          Może się myli.

          A może ma zupełną rację i największą potęgą jest serce.

*****

          Dwór Malfoyów nie jest miejscem, które Peter chciałby odwiedzić ponownie. Gdyby tylko miał wybór, nigdy nawet by tu nie wszedł. Ale teraz, kiedy wszystko zostało już wypowiedziane i nie ma odwrotu, niewiele ma do powiedzenia na ten temat. I w głębi duszy jest świadom, że po tym, jak pierwszy raz przekroczy próg rezydencji, będzie wracał coraz częściej.

          Jego ciało drży i nie jest pewien, czy odczuwa przeraźliwy strach, czy niewyjaśnione podekscytowanie. To pierwszy raz, kiedy ma stanąć twarzą w twarz przed najpotężniejszym czarownikiem tych czasów. Krew w jego żyłach przepływa dwa razy szybciej, a serce bije tak mocno, że przez krótki moment Peter ma wrażenie, że wyskoczy z jego klatki piersiowej. Nie dopuszcza do siebie świadomości, że właśnie wchodzi w coś, z czego nie ma ucieczki. Wraz z momentem, kiedy staje w wielkim, ciemnym holu, oświetlanym światłami pochodni, mrok oficjalnie gotowy jest pochłonąć nie tylko jego serce i umysł, ale też duszę. I nie ma powrotu.

          Skrzat domowy prowadzi go z nisko opuszczoną głową do bawialni, gdzie ma odbyć się zebranie. Pettigrew z fascynacją rozgląda się dookoła; Malfoy Manor przypomina mu trochę hogwarckie lochy i na samą myśl na jego ciele pojawia się gęsia skórka. Nawet poza murami zamku Ślizgoni pozostają Ślizgonami. Kiedy na jednej ze ścian dostrzega głowy goblinów, przełyka głośno ślinę, niekontrolowanie wydając z siebie zduszony jęk. Skrzat odwraca się, posyłając mu spojrzenie pełne pogardy, zupełnie, jakby był czymś gorszym, a potem zakręca. Pięść Petera zaciska się, kiedy po raz kolejny dociera do niego, że nadal jest tylko marną, nic nie wartą częścią wszystkiego, co dzieje się wokół niego. Marzy o tym, by wszyscy znali jego imię, by wypowiadali je z szacunkiem. Chce pewnego dnia spojrzeć w oczy Syriusza i zobaczyć w nich strach. I tylko te pragnienia sprawiają, że unosi głowę wyżej i przyspiesza kroku, by krótką chwilę później stanąć przed dziesiątkami osób odzianych w czarne szaty, siedzących przy długim, drewnianym stole.

          Nie ma powrotu.

          - Pettigrew. - Ktoś niemal wypluwa jego imię i Peter po raz kolejny ma ochotę zapaść się pod ziemię. Sprzeczne uczucia rosną w nim i ma wrażenie, że lada moment wybuchnie. - Siadaj.

          Posłusznie zajmuje jedno z ostatnich wolnych miejsc, jak się okazuje, u boku Notta, którego doskonale pamięta ze szkoły. Syriusz od zawsze miał z nim na pieńku i za każdym razem, kiedy mijali się na korytarzu szkolnym, skakali sobie do gardeł. Teraz mężczyzna patrzy na niego z kpiącym uśmieszkiem, wyraźnie drwiąc sobie z jego obecności w gronie Śmierciożerców. Peter ma ochotę trzasnąć w nich wszystkich jakąś klątwą. Chce, by ich chichoty zostały przerwane męką i błaganiem go o litość. Pokaże im. Udowodni, że jest kimś. Będą prosić o przebaczenie, kiedy stanie się jednym z najwierniejszych. 

          Szepty roznoszą się echem po wielkim pomieszczeniu. Właściciele rezydencji, Lucjusz Malfoy i jego żona, Narcyza, kuzynka Syriusza, którą Glizdogon dobrze pamięta z jego opowieści, mierzą wyniosłym wzrokiem zebrane osoby. Peter wspomina, kiedy Łapa otrzymał zaproszenie na ich ślub. Black tłumaczył wtedy, że Narcyza jest jedną z niewielu, którzy nadal potrafią dostrzec w nim przynależność do rodziny. Powtarzał, że jest dobra. Teraz, kiedy Pettigrew widzi ją w towarzystwie Śmierciożerców, do którego chłód bijący od kobiety idealnie pasuje, szczerze wątpi w słowa przyjaciela. Kobieta wygląda, jakby idealnie odnajdywała się w towarzystwie popleczników Czarnego Pana.

          - Kto by pomyślał, że powitamy w naszych szeregach plugawego, parszywego Gry...

          - Zamilcz, Bellatriks. Pettigrew jest teraz jednym z nas, czy tego chcesz, czy nie.

          Kobieta o szalonym spojrzeniu patrzy twardo w wodniste oczy Petera, który dzięki nagłemu przypływowi odwagi nie odrywa wzroku. Nie jest gorszy. Nie jest nikim. Nie jest.

          Coś w oczach brunetki sprawia, że dostrzega w niej podobieństwo do Syriusza i domyśla się, że musi to być druga z sióstr Black. Wygląd kobiet kompletnie ze sobą kontrastuje i jedyne, co je łączy, to wyprostowane sylwetki i chłód wypisany na twarzach. Peter notuje w myślach, że chociaż Syriusz znacznie różni się od swojej rodziny, zdecydowanie nadal posiada w sobie wiele cech Blacków. Wie jednak, że nigdy nie zdobędzie się na to, by mu to wypomnieć.

          - Nie sądziłam, że ktoś taki kiedykolwiek będzie godzien, by zasiąść z nami przy jednym stole. Jesteś chyba znajomym mojego drogiego kuzynka, Syriusza? - Szeroki, kpiący uśmiech wykwita na bladej twarzy Bellatriks, zupełnie, jakby samo wspomnienie wydziedziczonego niezmiernie ją bawiło. - Ucałuj go od Belli i Cyzi, jestem pewna, że się ucieszy.

          - Głupszego pomysłu chyba nie miałaś. - Ponury głos Avery'ego wywołuje ciarki na ciele Petera, który czuje się teraz jak piąte koło u wozu, bo chociaż rozmowa dotyczy niego, on sam nic nie mówi. - Pettigrew zostanie naszym szpiegiem. Chyba nie sądzisz, że byłoby mądre, gdyby jego przyjaciele dowiedzieli się, dla kogo służy, czyż nie?

          Bellatriks wygląda, jakby miała powiedzieć coś jeszcze, ale powstrzymuje ją ręka Narcyzy, przykrywająca jej własną.

          Niewidzialny sztylet przeszywa serce Petera wraz ze słowami Śmierciożercy.

          Szpieg.

          Ma zostać szpiegiem.

          Zdaje się, że dopiero teraz waga czynów, jakich się dopuścił, opada ciężko na jego barki. Przez krótki moment nie może złapać oddechu. Tonie we własnych oskarżycielskich myślach, przez krótką chwilę mając nadzieję, że wszystko okaże się tylko koszmarem, z którego zaraz się wybudzi. Gdzieś w głębi świadomości zaczyna rozumieć, czego się dopuścił. Uświadamia sobie, że cokolwiek by nie zrobił, nigdy nie zostanie mu to wybaczone - nawet, jeśli oficjalnie nikogo jeszcze nie zdradził.

          Nie potrafi wyobrazić sobie słuchania najskrytszych sekretów przyjaciół po to, by godziny później powtórzyć wszystko komuś innemu. Nie chce widzieć obrazu zawiedzionych twarzy Huncwotów, który brutalnie wdziera się do jego umysłu. Pragnie uciec. Naprawdę tego chce, ale jest już za późno.        

          Cisza, jaka niespodziewanie uderza w uszy Glizdogona, jest o wiele gorsza od najgłośniejszego krzyku. Zdecydowanie wolał słyszeć kpiące, szydercze śmiechy patrzących na niego z obrzydzeniem Śmierciożerców. Wolał znosić rozbawione, ironiczne szepty i wyzwiska rzucane w jego stronę. Wszystko było lepsze, niż cichy, ledwie dosłyszalny syk, który nagle roznosi się echem po pomieszczeniu. Kątem oka wyłapuje, że siedzący obok niego mężczyzna wstrzymuje powietrze i nieświadomie robi to samo. W ciągu ułamku sekundy każda myśl zwyczajnie wyparowuje z umysłu Petera, zastąpiona przez dziwne podekscytowanie. Oto on, zwykły, nic nie warty Pettigrew spojrzy w oczy największego czarownika tych czasów. Usiądzie z nim przy jednym stole. Może nawet wymieni z nim parę słów. Nawet świadomość szpiegowania nie wydaje się już taka okropna.

          Wiele razy wyobrażał sobie Lorda Voldemorta, ale nigdy nie był nawet odrobinę blisko tego, jak w rzeczywistości wygląda czarnoksiężnik. Mężczyzna wchodzi do środka, mając u swojego boku ogromnego węża, a wygląda przy tym tak dostojnie, że Peter zapomina, jak się oddycha. Lęk przeszywa jego ciało, kiedy dostrzega rażącą czerwień oczu Czarnego Pana. Jego twarz jest zniekształcona i nienaturalnie blada i dopiero po krótkiej chwili Pettigrew rozumie, że nie ma prawa na niego patrzeć. Widok opuszczonych głów Śmierciożerców tylko utwierdza go w tym przekonaniu i również nachyla się, przełykając ślinę, gdy widzi węża. Myśli przez moment, że to niesamowite, jak wielki szacunek posiada ten człowiek. To śmieszne, jak szybko obrzydzenie Petera przemienia się w szczerą fascynację. I to właśnie moment, kiedy wszystko jest przesądzone, a każdy przyjaciel Pettigrewa zostaje skazany na śmierć. 

          Bo za zdradę płaci się życiem, niekoniecznie swoim.

*****

          Wszystko trwa tylko ułamek sekundy. W jednej chwili siedzą przy stole Evansów, zaśmiewając się z dowcipów Colleen i jej komentarzy na temat mugolskich urządzeń. W drugiej do okna puka sowa i Avis zrywa się z miejsca, odwiązując z jej nóżki Prorok Codzienny i płacąc. Potem wszystko nabiera tempa i Lily pamięta tylko moment, kiedy Collie rzuca gazetą i wybiega z pokoju. 

          Podnosząc z niewypowiedzianym lękiem pismo, ręce drżą jej niepewnie. A kiedy czyta nagłówek, wszystko rozumie.

Zaginęli Aurorzy!

Ministerstwo Magii zostało zawiadomione o zaginięciu
piętnastu Aurorów, którzy dzień wcześniej zostali wysłani
na misję schwytania popleczników Sami-Wiecie-Kogo.
Ministerstwo Magii nie posiada wielu informacji na temat
tego, co wydarzyło się poprzedniej nocy w Sallyville. 
Pozostały liczne ślady zniszczeń i kilka ciał nieżyjących
już Aurorów, którzy walczyli przeciw Śmierciożercom.

Lista zaginionych:

    Jane Brook
Amelie Astrid
Joseph Cristian Lay
Korneliusz Petty
Miranda Clove
Braiden Zaw
James Sinel
Patrick Eloyse
Anne Whitman
Dean Finnigan
John Dreen
Susan Mill
Alastor Moody
Ted Avis
Charlus Potter

Więcej na str. 15...  
      
          Dziwne uczucie rodzi się w Lily, kiedy wyczytuje nazwiska tych osób. Zaginęli. Równie dobrze mogli być już nieżywi, a ich martwe ciała zostaną odnalezione z czasem. Nikt nie ma pewności, że nadal żyją. Przez krótki moment zastanawia się, co musi czuć James, jak sobie z tym radzi, czy już wie... Potem odrzuca myśli, odkłada gazetę i wybiega za przyjaciółką, mając nadzieję, że podniesie ją po kolejnym upadku. Stwierdza gorzko, że ostatnimi czasy zbyt często odbijają się od samego dna i nigdy nie powstają tak wysoko, jak wcześniej. I tak będzie teraz wyglądać ich życie - pełne grozy, gwałtownych upadków. I śmierci. Wojna nie zna litości.

*****

          Alicja po raz setny staje przed lustrem, przyglądając się krytycznie swoim prostym włosom, grzywce i figurze. Wygląda okropnie w zielonym. Merlinie, nie ma czasu, żeby się przebrać... Ta bluzka podkreśla jej niedoskonałości. Ma za szerokie biodra i niewystarczająco płaski brzuch, zdecydowanie. Może wcale nie powinna iść...

          Alu, co ty tu jeszcze robisz? Przecież umówiłaś się z tym młodzieńcem...

          Wyglądam okropnie jęczy Springs, nawet nie patrząc w kierunku babci.

          Z każdą sekundą coraz mocniej uświadamia sobie, że randka z Frankiem nie była dobrym pomysłem. Och, wróć. To wcale nie randka. To zwykłe, przyjacielskie spotkanie. Ot, wypad do Hogsmeade na kremowe piwo. Nic nadzwyczajnego. Mimo wszystko, jej dłonie pocą się niemiłosiernie, a ona sama nie może złapać oddechu. Merlinie, umówiła się z Frankiem Longbottomem, tym samym, do którego wzdycha od czwartej klasy! 

          Powinnaś ubrać tę sukienkę podsuwa niewinnie babcia Alicji, kiwając z szerokim uśmiechem w stronę białej, letniej kreacji leżącej na łóżku. Odpowiada jej sceptyczny wzrok dziewczyny. Och, no nie patrz tak na mnie. Frank będzie zachwycony!

          Babciu...

          Babciu, babciu. Nie gadaj, tylko ubieraj. Merlinie, wdałaś się w matkę, ona też ciągle tylko marudzi...

          Z ust szatynki wyrywa się chichot, a kiedy starsza kobieta wychodzi z pokoju, kręci z dezaprobatą głową i patrzy krytycznie w stronę sukienki. 

          Spotykanie się w tych czasach nie jest bezpieczne, zwłaszcza w Hogsmeade. Dorcas już jej to uświadomiła, kiedy kilka godzin wcześniej wparowała do domu babci Alicji przez Sieć Fiuu i zrobiła jej awanturę. Alicja jest tego świadoma, ale nie rozumie, dlaczego ze względu na to, że może umrzeć, ma powstrzymywać się od życia.

          Wychodząc z domu stwierdza, że to nawet trochę zabawne, jak wielki strach ich ogarnął. Ich plany na przyszłość, jakie kreowali przez ostatnie lata, zdały się zupełnie wyparować pod wpływem lęku. Wystarczyła krótka chwila, ułamek sekundy, by porzucić nadzieję, radość i swoją przyszłość. Nigdy nie chciała żyć w takim świecie. Nigdy nie chciała żyć, nie czerpiąc z tego wszystkiego, co tylko może. Nigdy nie chciała egzystować beznamiętnie, bez większego celu, nie mając nic do powiedzenia, tracąc władzę nad samą sobą. Alicja nigdy nie była tą bezmyślną, ale teraz, zwłaszcza w tych czasach, zaczyna pojmować, że czasem właśnie taka powinna być. Powinna porzucić troski, rzucić się w wir - jakikolwiek, byleby poczuć, że naprawdę żyje, że wszystko toczy się tu i teraz, i może już nigdy nie wrócić. I chociaż to sprzeczne jej naturze, charakterowi - postanawia właśnie to zrobić. Pozwolić sobie zapomnieć.

          Dlatego kiedy widzi Franka, który stoi na końcu uliczki z delikatnym uśmiechem, bezmyślnie atakuje jego usta swoimi własnymi, niemal rozpaczliwie chłonąc ich smak, chcąc zapamiętać go jak najlepiej. Bo to może być ich pierwszy i ostatni raz.

          Kiedy odpowiadają jej silne ramiona oplatające jej talię, nie potrafi się nie uśmiechnąć. Pierwszy raz od tak długiego czasu czuje, że wszystko jest tak, jak powinno - nawet w największym nieszczęściu. Nie wie nawet, jak długo trwają w swoich objęciach. To zaskakujące, jak bardzo Alicja odczuwa całym swoim ciałem pocałunek. Dyszy, uświadamiając sobie, jak wielkie stało się jej pragnienie, jak długo trzymała je w sobie. A teraz, kiedy daje mu upust, ma ciche wrażenie, że nie zdoła tego powstrzymać, że to początek.  

          Usta Franka są niepewne. Całuje ją z największą delikatnością, nieco niezdarnie - ale w pewien sposób Alicja po prostu wie, że to nie mogłoby wyglądać lepiej, że tak jest idealnie. Przysuwa swoje ciało jeszcze bliżej jego, chcąc czuć całą sobą jego obecność. Może nie jest romantycznie jak w mugolskich filmach, o których tyle papla Lily. Może to nie gorący, namiętny pocałunek w deszczu, pełen fajerwerków i oklasków. Nigdy tego nie oczekiwała, bo posiada coś więcej. Ich pocałunek jest prawdziwy. A ona czuje go mocniej, niż mogła sobie wyobrazić.

          Och - wydusza z siebie Longbottom, kiedy w końcu odsuwają się od siebie, łaknąc powietrza. T-to...

          Rozumiem, jeśli nie chcesz, żeby to się powtórzyło, ale musiałam to zrobić. Musiałam, Frank, bo... skoro możemy umrzeć, skoro za rogiem może czaić się na nas Zaklęcie Niewybaczalne, dlaczego miałabym nadal patrzeć na ciebie z daleka, czując jedynie tęsknotę i trzymając wszystko w sobie? Dlaczego miałabym pozostawić to niewypowiedziane i odpuścić, bo nie mam wystarczająco odwagi? Patrzy mu twardo w oczy, myśląc tylko o tym, że nie tak zachowałaby się Alicja sprzed godziny. Nigdy by tak nie postąpiła. Chcę być bezmyślna. Chcę umierać ze świadomością, że czerpałam z życia tak wiele, jak tylko mogłam, że zrobiłam wszystko, czego tylko zapragnęłam. A teraz, kiedy cię zobaczyłam... Merlinie, Frank, tak bardzo chciałam cię pocałować. I nie mogłam się powstrzymać. Nie chciałam, wiesz? Ja...

          Piszczy cicho, kiedy jej wywód zostaje przerwany przez bruneta, który ponownie pokonuje odległość między nimi i wpija się w jej usta, nie pozwalając jej dokończyć zdania. 

          I jeśli to jej ostatnie chwile, zdecydowanie są warte umierania.

*****

          Nie możesz cały dzień siedzieć i mnie ignorować.

          Odpowiada jej dokładnie to samo, co kilka godzin wcześniej - cisza. Pusta, głucha cisza, przerywana ciężkim, nieregularnym oddechem. Serce Lily po raz kolejny kłuje boleśnie, kiedy widzi wbijającą wzrok w okno Colleen. Czuje wstyd, bo nie potrafi jej pomóc. Nie jest jak Alicja.

          - Cóż, właściwie możesz. Zawsze byłaś taka uparta, zupełnie jak Po- zupełnie jak James. - Przełyka głośno ślinę i siada na łóżku,nie odrywając wzroku od drobnego ciała brunetki. - Ale ja jestem ruda, a rude jest wredne, więc nie odpuszczę pierwsza. Collie, nie wyobrażam sobie, co musisz czuć, kiedy dwie bliskie osoby... Boże. Ale zaginęli. Zaginęli, nie zginęli, a to znaczy, że za jakiś czas ich znajdą i wszystko...

          - I wszystko będzie dobrze, tak?

          Lily drży, słysząc zachrypnięty głos Avis. Zaczyna rozumieć, że to przecież Colleen, którą zna tak dobrze - powinna wiedzieć, że ostatnie, czego brunetka potrzebuje, to jej obecność. 

           - Chyba sobie kpisz, Lily. Nie będzie dobrze. - Gorycz jej słów uderza w rudą dziewczynę ze zdwojoną siłą i zagryza mocno wargę, nie wiedząc, co powiedzieć. To nawet nie czas na słowa. Przecież one nic nie zmienią. - Nic nie rozumiesz, prawda? Zaginęli, ale to nie oznacza, że ich znajdą. Albo że nie znajdą ich martwych ciał. To... najpierw James ląduje w Mungu, teraz tata i Charlus...

          - Coll...

          - Daruj sobie.

          Nie odpowiada, ale mimowolnie posyła przyjaciółce rozwścieczone spojrzenie, kiedy zalewa ją fala złości.

         Avis odsuwa się wreszcie od szyby i odwraca w stronę Evans. Jej twarz jest nieco bledsza, niż zwykle, a w tym świetle wygląda nawet na jeszcze chudszą. Szare oczy mierzą Lily z największą wnikliwością, a kiedy rudowłosa dziewczyna dostrzega w nich łzy, wzdycha ciężko.

          - Będzie dobrze i musisz przyjąć to do wiadomości. 

          Odpowiada jej ciche kiwnięcie głową, ale to jej wystarczy. W jednej sekundzie wstaje z łóżka po to, by objąć mocno drobne ciało Colleen. I przez krótką chwilę myśli, że czasem wystarczy zaledwie moment, by ci najsilniejsi stali się najsłabszymi. 


*****

          Przed opuszczeniem budynku czyta list od Lily po raz czwarty, a może piąty - dawno pogubiła się w liczeniu linijek, słów i zdań. Wszystko zaczęło zlewać się ze sobą, tworząc na pergaminie jedną plamę w przeraźliwie czarnym kolorze. Dorcas chce krzyczeć - ale właściwie po co? Milczenie to chwilami jedyna właściwa odpowiedź.

          Myśl o tym, co muszą odczuwać Colleen, Remus, a nawet James pozwala jej zacisnąć mocno pięść i spojrzeć ostatni raz na papier, nim odłoży go na szafkę nocną. Omiata swój czysty, oświetlony światłem lampki pokój wzrokiem po raz ostatni, a potem wychodzi, cicho zamykając za sobą drzwi. Jej tata śpi - czekała, aż się położy, by nie ryzykować kłótnią. Gdyby wiedział, jakie powierzono jej zadanie, nigdy by jej nie puścił.

          To nawet całkiem zabawne, że ktoś taki jak Albus Dumbledore zlecił tak ważną sprawę nieletniej uczennicy. Dorcas powtarza w myślach, że to dlatego, że jej zaufał, ale z każdym krokiem ogarnia ją coraz większa niepewność. Nie wie, czy jest gotowa. Nie ma idealnie opanowanych zaklęć, nie jest świetni przygotowana do walki. Nie wie, czy naprawdę potrafi stanąć twarzą w twarz z wrogiem i go pokonać. Ostatnie miesiące spędziła na powtarzaniu samej sobie, że jest silna i robi to nie tylko dla bliskich, ale też dla samej siebie. Była przekonana, że nigdy się nie zawaha. Oto, co pozostało z jej pewności - przemierza ciemną uliczkę niezdecydowanym krokiem, wyginając palce u lewej dłoni i biorąc nieregularne oddechy. Letni wiatr uderza w jej twarz i Dorcas stara się chłonąć go całą sobą, by oprzytomnieć i wrócić do tego, kim była kilka godzin wcześniej. Chce znów pewnie zacisnąć dłoń na różdżce, być gotowa na wszystko, nawet na śmierć. Ale w jej obliczu nic nie wygląda tak samo, jak w sytuacji, kiedy jest się bezpiecznym. Meadowes odlicza w myślach do dziesięciu, a potem patrzy na zegar kościelny błyszczący niedaleko niej. Druga dwanaście. Jeszcze trzy minuty...

          - Meadowes.

          - Emmelina - mówi cicho, kiedy nagle znikąd pojawia się przed nią twarz brunetki. Dokładnie tak, jak planowali - Dwie minuty.

          Kobieta kiwa głową i przeciera zmęczone oczy dłońmi.

          - Nadal uważam, że to niedorzeczne, że bierzesz w tym udział.  

          - Wiem - odpowiada, nawet nie siląc się na wywrócenie oczami. Teraz doskonale dociera do niej, jak poważna jest ta akcja, jak wielkie ma znaczenie. Co, jeśli nie dam rady?

          Emmelina prycha pod nosem, patrząc na nią z nagłym oburzeniem, zupełnie, jakby słowa Dorcas były kompletnym głupstwem. Meadowes unosi brew, a potem zerka kolejny raz na zegar. Minuta.

          Masz ledwo siedemnaście lat. Nie jesteś nawet pełnoletnia i zapewniam cię, że jeśli nie dałabyś rady, nikt by się nie obwiniał. To wielka odpowiedzialność, przerasta nawet dorosłych, doświadczonych czarodziejów. Ale jeśli tutaj jesteś, to znaczy, że Dumbledore wierzy, że dasz radę. A ufam mu jak nikomu innemu i sądzę, że ty też mówi na wydechu, nie odrywając wzroku od poruszających się leniwie wskazówek. Po prostu nie daj się zabić.

          Dorcas przymyka powieki, kiedy Vance łapie ją mocno za ramię, a świat zaczyna wirować. Jeśli jest w świecie magii coś, czego Meadowes nienawidzi niemal tak bardzo, jak chorej wizji Voldemorta - to właśnie teleportacja. Krzywi się, kiedy znajome uczucie w pępku rozrywa jej ciało na strzępy, ale nim zdąża zrobić coś więcej, wszystko ustaje, a ona i Emmelina znajdują się na uliczce, której nigdy wcześniej nie widziała.

          Gotowa, Meadowes?

          Jasne, że nie. 

          Słyszy dźwięk aportacji i u jej boku stają Gideon i Fabian Prewettowie, szczerzący się do siebie z podekscytowaniem. Witają je wesoło, a one odpowiadają cichymi pomrukami, nie siląc się na nic więcej. Dorcas przez krótki moment zerka na nich z podziwem - wyglądają na takich pewnych siebie i tego, co robią, a w ich oczach nie tli się strach. Prawdziwi Gryfoni, myśli krótko i przez moment porównuje ich do Jamesa Pottera i Syriusza Blacka. O tak, ta czwórka idealnie by się ze sobą dogadała. Może będą mieli do tego okazję, o ile dożyją tego momentu.

          Wkrótce okolica wypełnia się kolejnymi trzaskami i Meadowes widzi więcej znajomych twarzy, które miała okazję dobrze poznać podczas pierwszego zebrania Zakonu Feniksa. Odmachuje Hestii Jones, a potem zaciska palce na różdżce w kieszeni. Stojący nieopodal Kingsley kiwa krótko głową i już wiedzą, co mają robić. Dorcas ostatni raz bierze głęboki oddech, a potem razem z Emmeliną wchodzą jako pierwsze do wnętrza budynku, przy którym stały. Podobno ta wioska stała się miejscem spotkań Śmierciożerców i jeśli będą mieli odrobinę szczęścia, jak powiedział Dumbledore, może uda im się kilku schwytać, a nawet uwolnić zaginionych aurorów. Chociaż Dorcas całym sercem wierzy w sukces misji, wątpliwości dopadają ją z momentem, kiedy czuje chłód bijący od ścian wielkiego holu, w jakim się znalazła. Emmelina posyła jej pokrzepiające spojrzenie, a potem robi kolejny krok, unosząc wysoko różdżkę.

         
Homenum Revelio mruczy Vance i nie dzieje się zupełnie nic, ale to nie uspokaja bijącego szaleńczo serca Meadowes. A miałam nadzieję, że trafimy na przygłupów, którzy nie potrafią się ukryć.

          Podłoga skrzypi okropnie, kiedy obie zmierzają w kierunku pobliskich schodów. Twarz Dorcas wykrzywia się w grymasie, kiedy światło różdżki pozwala jej dostrzec zaschniętą krew na ścianie. Byli tu. Może nadal są i przyjdzie im stanąć do walki. Meadowes nie wie, jak się czuje. Strach nie paraliżuje jej ciała, ale cała drży. W myślach wypomina sobie, że tchórzy, a teraz to najmniej odpowiedni moment. Przecież od samego początku wiedziała, w co wchoodzi. Była świadoma tego, co ją czeka. Dlaczego więc miałaby nagle, w zaledwie ułamku sekundy porzucić swoje racje na rzecz lęku? Kręci delikatnie głową; nie wycofa się. Nie teraz, kiedy zaszła już tak daleko.

          Na pierwszym piętrze zastają piekło. Leżące bezwładnie ciała otoczone kałużami krwi, liczne ślady walki i ciemność rozświetlana pochodniami. Jest pewna, że pobladła i widzi, że Emmelina ledwie powstrzymuje odruch wymiotny, gdy zauważa człowieka            porozrywanego na strzępy. Dorcas krzywi się, w myślach powtarzając, że to tylko sen. Ale to nieprawda - stoi tutaj, otoczona krwią niewinnych, martwych ludzi. I nie zapomni tego widoku, choćby z całych sił się starała. To na zawsze pozostanie w jej głowie, odrzucone w kąt najmroczniejszych myśli. Może będzie widziała w koszmarach zaschnięte łzy na bladych twarzach i puste, martwe oczy pozbawione nadziei. Może kiedyś skończy tak samo.

          — Dorcas
szept Emmeliny w panującej ciszy zdaje się być krzykiem. Brunetka kiwa powoli głową w stronę drzwi lekko uchylonych drzwi na końcu korytarza.

          Meadowes wie, co to oznacza. Jest też pewna, że nie jest gotowa - nigdy nie będzie. Ale ci ludzie zginęli, ponieważ sprzeciwili się ciemności i jedyne, co dziewczyna może teraz zrobić dla ich niespokojnych dusz, to walka i i kontynuowanie tego, co zaczęli i za co oddali życie. Podtrzymuje wzrok partnerki, a potem rusza przodem.

         Myśli o przyjaciołach i tacie, o tym, co poczuliby, gdyby to jej ciało znaleziono martwe. Myśli o tym, jak wszystko potoczyłoby się dla innych, jeśli ona zginie. Bo niewątpliwie wszystko toczy się dalej i nie zatrzymuje się na śmierci jednej osoby. Myśli o mamie. Wie, że gdyby mogła, uśmiechnęłaby się do niej z dumą i pogładziła jej włosy, zapewniając, że każde zło w końcu ginie. Myśli o tym, że gdyby zginęła, dołączyłaby do niej. I tylko ten fakt sprawia, że śmierć nie wydaje się taka straszna. Nieświadomie łapie wolną dłonią medalion, który wisi swobodnie na jej chudej szyi. Nosi go odkąd pamięta, a ojciec powtarza zawsze, że dawniej należał do jej mamy. To jedyne, co po niej zostało. Przykłada zimny, drobny szmaragd do ust, przymykając oczy, a potem ostatni raz odwraca się za siebie. Później wszystko dzieje się trzy razy szybciej.

         Zaklęcia miotają we wszystkie strony, a ona niemal mechanicznie odpiera ataki i uchyla się przed zielonymi promieniami. Emmelina raz po raz wyczarowuje przed nią tarczę, zupełnie, jakby życie Dorcas było dla niej ważniejsze, niż własne. Nie wie, ilu Śmierciożerców ich atakuje. Może dziesięciu, a może nawet dwudziestu. Nie ma nawet czasu, by zapamiętać szczegóły walki. W jednej chwili paraliżuje zakapturzoną postać, a w kolejnej widzi przed sobą Shacklebolta, który razem z pozostałymi członkami zakonu dołącza do masakry. Słyszy wypowiadane z drwiną Zaklęcia Niewybaczalne i kątem oka dostrzega wijące się pod wpływem Cruciatusa ciała znajomych czarodziejów. I walczy. Naprawdę walczy, stojąc w samym środku pola bitwy, otoczona krzykami i szalonym śmiechem. Strach przeszywa ją całą, ale nie przestaje rzucać zaklęć w kierunku Śmierciożerców. I czuje, że to właśnie jej miejsce - tutaj, przy innych walczących, gotowych oddać życie dla dobrej sprawy. Wie, że podjęła dobrą decyzję. I jeśli zginie - jakie to ma znaczenie, skoro polegnie w imieniu dobra?

         
Jones, piwnica!

          — Expelliarmus — warczy Meadowes w kierunku stojącego przed nią mężczyzny, a kiedy ściska w dłoni jego różdżkę, rozgląda się nieprzytomnie. Dostrzega wybiegającą z pomieszczenia Hestię i automatycznie rozbraja dwóch kolejnych Śmierciożerców, którzy podążają za Jones. — Drętwota!

          — Mamy Moody'ego! Są tutaj!

          Ulga, jaka zalewa jej ciało towarzyszy jej tylko ułamek sekundy, ale to wystarczy, by uniosła wysoko głowę i pokonała następnych trzech przeciwników, czując za swoimi plecami ciało osłaniającej jej Emmeliny. Zdaje się, że postaci w czarnych szatach ubywa, a Kingsley właśnie aportuje się, trzymając mocno dwójkę z nich. Meadowes nie potrafi uwierzyć w to, że naprawdę sobie radzą. Ona sobie radzi.

          — Uważaj! — krzyczy do Vance, wyczarowując przed nią tarczę, kiedy w jej kierunku podąża nieznana jej klątwa. — Pieprzone śmieciusy!

          Wszystko ucicha równie szybko, co się zaczęło i nim Dorcas zdąża się zorientować, zakapturzone postacie znikają, pozostawiając po sobie tylko mrok. Jej oddech jest ciężki i drżącą dłonią uciska mocno ranę w brzuchu, zadaną przez jednego z popleczników Voldemorta kilka minut wcześniej. Emmelina opiera o nią ciężar swojego ciała, plując krwią, a pozostali podnoszą się z ziemi albo próbują ocudzić nieprzytomnych. I nagle Meadowes ma ochotę roześmiać się głośno. Udało im się.

          — Jones znalazła szóstkę. Dwóch martwych.

          — Kto? — pyta ostatkami sił Vance, patrząc z niepewnością wypisaną w ciemnych oczach na Caradoca Dearborna.

          Wyczekuje z wahaniem jego odpowiedzi, modląc się cicho, by nie usłyszeć znanych jej nazwisk.

          — Susan Mill i Ted Avis.


***** 
Znowu Was zawiodłam.
Mam teraz ciężki okres w życiu, nie będę się 
nad tym rozwodzić i w żaden sposób nie chcę
się usprawiedliwiać, ale zwyczajnie nie radziłam
sobie ze wszystkim i potrzebowałam przerwy.
Mam nadzieję, że nadal tu jesteście i wciąż macie ochotę
czytać to, co tworzę.