22 stycznia 2017

Rozdział 23: Codzienność

 *****

          - Łapo, do cholery, postaw mnie na ziemię!

          - Kiedy ja tak bardzo będę za tobą tęsknił, Luniaczku!

          Remus wzdycha, trwając dzielnie w silnych ramionach Blacka, który kilka sekund wcześniej złapał go mocno, unosząc. Krzywi się, ale nie próbuje wyrwać - wie, że jeden gwałtowny ruch może sprawić, że oboje runą na ziemię, a tego nie zniesie. Ponad ramieniem Syriusza wyłapuje rozbawione spojrzenie Collie, która macha mu radośnie, by zaraz potem oddalić się z młodszą siostrą w kierunku Dorei Potter.

          Oddycha z ulgą, kiedy jego stopy ponownie stają twardo na posadzce. Uderza Łapę w ramię, śmiejąc się przy tym jednak, co kompletnie psuje grozę sytuacji. Potem żegna się jeszcze z Jamesem i Peterem, obiecując, że spotkają się tak szybko, jak będą mogli. Jego przyjaciele odchodzą w kierunku czekających na nich rodzin. A Remus zostaje sam.

          Minęło już parę dobrych lat, od kiedy jego mama po raz ostatni zawitała na peronie 9 i 3/4, by powitać go z powrotem w domu po zakończeniu roku szkolnego. Lupin za każdym razem usilnie wyszukuje jej twarzy w tłumie, starając się zapomnieć o tym, że kobieta leży w łóżku, niezdolna do jakichkolwiek czynności. Rzadko o tym myśli. Nie lubi dodawać sobie cierpienia, a świadomość, że jego mama jest w niestabilnym stanie i jej zdrowie pogarsza się z dnia na dzień, skutecznie pociągnęłaby go na samo dno. Stara się więc zapomnieć. W zamku prawie mu się udaje, mając takich kompanów, jak Huncwoci. W rodzinnym domu jest inaczej. 

          Kiedy Błędnym Rycerzem dostaje się do Little Barrington, jest już ciemno. Maszeruje opustoszałą drogą, ciągnąc za sobą niewielki kufer. Unika spojrzeń sąsiadów; doskonale pamięta czasy, kiedy się tu wprowadził, a dzieci w jego wieku wyśmiewały go przez to, że jest biedny. Dawniej Remus potrafił płakać z tego powodu. Dziś uśmiecha się jedynie, współczując im - ponieważ to on, bez pieniędzy i możliwości, ma najlepszych przyjaciół na świecie. I może zaczyna wierzyć w to, co zawsze powtarzała mu mama - że jest bogaty wewnątrz. Może nie zasłużył na to, co spotkało go w życiu.

          W środku domu Lupinów jest chłodno. Remus cicho ściąga buty, a potem przenosi bagaż do swojej niewielkiej sypialni, która dawniej należała do rodziców. Patrzy bez wyrazu na puste ściany i jedyny stojący w środku mebel - łóżko. Kilka kolejnych minut chłopak spędza na bezcelowym wlepianiu oczu w widok za oknem. Siedzi w ciszy, oddychając tak cicho, jak tylko potrafi. Boi się zajrzeć do salonu. Boi się, że jego najgorsze oczekiwania się spełnią. Hope została bez nikogo na kilka miesięcy i Remus nie wie, w jak okropnym stanie może ją zastać. Zaciska powieki, powstrzymując tym samym napływające do jego miodowych oczu łzy. Po co płakać, jeśli niczego to nie zmieni? 

          - Remusie...

          - Cześć, mamo - mówi, kiedy tylko zdobywa się na odwagę, by wejść do salonu. Patrzy z wahaniem na opatuloną kocem Hope, która uśmiecha się delikatnie w jego kierunku. - Tęskniłem za tobą.

          - Ja za tobą też, kochanie. - Jej głos jest słaby, ale nie tak słaby, jak podczas przerwy świątecznej i serce Remusa skacze na tę świadomość. - Jak w szkole? 

          Chłopak podchodzi do niej zamaszystym krokiem, by pocałować czoło blondynki, a potem podchodzi do szafki, by wyciągnąć z niej kilka eliksirów, jakie dostał przed świętami od profesora Dumbledore'a. Ich działania na mugolach były o wiele słabsze, niż w przypadku czarodziejów, ale, jak widać, dawały efekty. 

          - Dobrze - odpowiada, siadając u jej boku. Podaje kobiecie odpowiednie dawki eliksirów, a potem odkłada je na stolik. - James kazał cię ucałować.

          Twarz Hope rozjaśnia się.

          - Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że znalazłeś prawdziwych przyjaciół. To wielki skarb, Remusie. Musisz go pielęgnować i nie pozwolić, by ulotnił się z twoich dłoni. Dzięki nim nie zostaniesz sam, synku... 

          Lunatyk gładzi jej matowe, cienkie włosy.

          - Ty nigdy mnie nie opuścisz, prawda? - pyta drżącym głosem.

          - Nigdy, Remusie. - Hope unosi słabo dłoń, by przyłożyć ją do klatki piersiowej syna. - Zawsze będę tutaj.

*****

          - Powtarzam ci już chyba tysięczny raz, Lilka: twoja siostrunia nie podskoczy do mnie tak łatwo, jak w twoim przypadku, więc naprawdę nie musisz się o nic martwić...

          - Bardziej martwię się o to, że stracisz cierpliwość i rzucisz w nią jakąś klątwą - mruczy w odpowiedzi Lily.

          Podróż trwa już godzinę i jest wykończona; jedyne, o czym marzy, to łóżko. Wie jednak, że tej nocy nie zaśnie wcześnie - najprawdopodobniej będzie zmuszona do wysłuchiwania komentarzy Colleen na temat tego, jaką małpą jest Petunia Evans. 

          Lily długo myślała nad tym, czy zaprosić Avis do siebie na wakacje. Wątpliwości było więcej, niż plusów, ale mimo wszystko - nie potrafiła odmówić błagalnym oczom Collie. Ciemnowłosa Gryfonka najwyraźniej chciała zrobić wszystko, by wyrwać się z Doliny Godryka. Lily nie miała wyjścia i nie sprzeciwiała się długo. W ten sposób skończyły, siedząc w samochodzie jej taty.

          - To naprawdę super sprawa, te samochłody...

          - Samochody - poprawia ją Evans, wybuchając przy tym śmiechem.

         Collie kompletnie ignoruje jej uwagę, a potem wlepia nos w szybę, patrząc uważnie w widoki za oknem.

          - Naprawdę nie latają? Ani trochę? - pyta po raz kolejny Avis, patrząc na ojca Lily, który wydaje się strasznie rozbawiony przemyśleniami dziewczyny. Colleen nie zwraca uwagi na chichoty dwójki Evansów, zadając kolejne niedorzeczne pytania. 

          - Ani trochę - przyznaje John Evans. - Mugole nie lubią latających rzeczy. Mają od tego samoloty.

          Ruda Gryfonka ma ochotę rzucić w ojca czymś ciężkim, kiedy słyszy jego słowa. Widzi zafascynowaną minę przyjaciółki i wie już, że zaraz zasypie ich kolejnymi falami pytań...

          - A co to samlolot?

          Kiedy docierają w końcu do rodzinnego miasta Lily, dziewczyna z wielką ulgą wypada z pojazdu. Oficjalnie może przyznać, że podróżowanie mugolskimi środkami transportu w towarzystwie Colleen Avis to najgorsze, co może spotkać człowieka. 

          Evans patrzy z promiennym uśmiechem na dom, w którym się wychowała. Od wielu lat wszystko wygląda identycznie - zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz. Posiadłość jest niewielka, ale zdecydowanie wystarczająca dla czterech osób. Lily kocha pomarańczową farbę i ciemny dach domu. Patrzy z radością na zadbany trawnik, którym zajmuje się sama Petunia, a potem rozgląda się po okolicy. Wszystko jest dokładnie takie, jak zapamiętała. Jej uśmiech poszerza się, kiedy w drzwiach wejściowych staje Mary Evans

          Od zawsze była bardzo podobna do mamy. Obie były niewysokie, miały rude włosy i zielone oczy, a ich twarze zdobiły drobne piegi. Petunia jest ich całkowitym przeciwieństwem i czasem Lily cieszy się, że ona i siostra nie mają wspólnych cech. Tego by chyba nie zniosła, zwłaszcza teraz, kiedy ich kontakty wyglądają w ten sposób.

          Nie mija chwila, nim dziewczyna ląduje w ramionach Mary, mocno się w nią wtulając. Dopiero teraz uświadamia sobie, jak bardzo brakowało jej domowego, rodzinnego ciepła, które mogła dostać tylko od rodziców. Wdychając znajomy zapach mamy rozumie, ile znaczy teraz rodzina. Odrzuca od siebie pospiesznie świadomość, że przez nią mogą zginąć. Jest przecież szlamą. Zaciska powieki, a potem wzdycha i odsuwa się od kobiety, po to tylko, by uważnie jej się przyjrzeć. Jej twarz zdaje się mieć nieco więcej zmarszczek, niż kiedy wyjeżdżała do Hogwartu, by rozpocząć szósty rok. Jej twarz nadal pozostała jednak taka sama - delikatna i rozjaśniona szerokim uśmiechem. Oczy Mary świecą w dokładnie taki sam sposób, jak Lily zapamiętała. Dziewczyna unosi kącik ust. Jest w domu.

          - W końcu jesteście - mówi pani Evans; jej głos jest melodyjny i wysoki - upiekłam ciasto, pewnie nic nie jadłyście... Dzień dobry, kochanie - dodaje, patrząc z zaciekawieniem na Colleen Avis, taszczącą za sobą swój kufer i klatkę z sową.

          - Dzień dobry! - odpowiada energicznie brunetka, a potem przyspiesza, by podejść do kobiety i uścisnąć ją mocno. - Naprawdę miło panią poznać po tylu latach, już myślałam, że nigdy się nie uda... Znaczy, nie, żebym od ostatnich kilku lat próbowała wcisnąć się do pani domu na siłę... ale Lilka mówiła, że robi pani pyszne ciasto i po prostu musiałam, sama pani rozumie!

          Mary wybucha śmiechem, a Lily jedynie kręci z politowaniem głową - cała Colleen.

          - Jasne, że rozumiem. I zdradzę ci nawet, że właśnie upiekłam moje pyszne ciasto, więc myślę, że się ucieszysz...

          Avis wydaje z siebie zduszony pisk, a potem niemal wbiega do środka, zaraz za kobietą, która nadal nie powstrzymuje chichotu. Lily, chcąc, nie chcąc, łapie w dłoń rączkę jej kufra, a potem mamrocząc coś niewyraźnie pod nosem, przekracza próg drzwi, by poczuć znajomy zapach domu państwa Evans. Pierwszym, co rzuca jej się w oczy, są dziesiątki zdjęć oprawionych w ramki, wiszących na białej ścianie przedpokoju. Dziewczyna zna na pamięć każde z nich i uśmiecha się z czułością, jak to ma w zwyczaju, kiedy im się przypatruje. Widzi kilka nowych fotografii, które przedstawiają ją na tle Hogwartu - wysłała je rodzicom jeszcze we wrześniu. Na jednym z nich dostrzega skaczącego gdzieś w tle Pottera i mimowolnie parska śmiechem, a potem przechodzi do dalszej części domu - salonu. Jedyne, co w nim widać, to kobieca ręka i pełno kolorów. Pomieszczenie jest urządzone z klasą, ale i delikatnością i ciepłem, które Lily uwielbia. Pamięta doskonale, kiedy Petunia wykłócała się z ojcem o odcień kanapy i kolorowe poduszki, które teraz walają się po fotelach. To zaskakujące, jak szybko czas potrafi płynąć, ledwie dając się dotknąć, przewijając się nieuchwytnie między ich palcami. 

          - Lily pokaże ci, gdzie będziesz spać...

          - Och, tak - mówi Lily, wyrywając się z rozmyślań. Patrzy nieprzytomnie na Collie posyłającą tęskne spojrzenia ciastu, które stoi na stole i wywraca oczami. - Chodź, napaleńcu.

          - Hej, napaleńcem możesz nazywać Jamesa, zwłaszcza, kiedy jest w pobliżu ciebie. Ja jestem po prostu głodna...

          Evans łapie ją i pospiesznie wyciąga z salonu, umykając przed podejrzliwym spojrzeniem matki na dźwięk imienia Pottera. Świetnie, zacznie się wypytywanie, a kiedy tata się dowie... O, Merlinie, strzeż mnie...

          Jak co roku, przed jej przyjazdem Mary posprzątała jej pokój. Lily podejrzewa, że z tęsknoty robiła to regularnie, chcąc chłonąć choć cząstkę córki - ta świadomość rozczula ją tak bardzo, że nieświadomie pociąga nosem, zwracając tym na siebie uwagę przyjaciółki. Collie patrzy na nią z wysoko uniesioną prawą brwią, ale ruda jedynie macha na nią dłonią. Patrzy z szerokim uśmiechem na kremowe ściany, jasny dywan i to, co najbardziej kocha w tym pomieszczeniu - półkę z książkami. 

          - Powiedz mi chociaż, że nie czytałaś wszystkich - jęczy Avis, przyglądając się ze szczerym przerażeniem księgom. Spotyka się z rozbawionym wzrokiem Evans i wydaje z siebie zduszony okrzyk. - Wariatka! Nie wierzę, że się z tobą przyjaźnię. Chyba zakumplujęę się z twoją siostrzyczką, Peti, może ona mnie zrozumie... O, czy to felieton?!

          - Telefon, Collie.

          - Jedno i to samo - mamrocze, a zafascynowanie nie znika z jej szarych oczu. - Czuję, że to będzie świetny miesiąc w świecie mugoli!

          - Z pewnością...

          O ile wcześniej nie zwariuję, dodaje w myślach.

*****

         - I ma takie piękne rude włosy... i te jej oczy... MamMaamo, widziałaaś jej oczy?! Są zielone! Zielone, rozumiesz? Słyszałaaś o tym, że tylko dwa procent ludzi na całym świecie ma zielone oczy? Merlinie, ona jest niesamowita...

          – Synku, całym sercem ci wierzę, ale zbyt często widzę zielonookich ludzi, by przyznać, że to tylko dwa procent. Poza tym, może powinieneś już odpuścić tej biednej dziewczynie, skoro i tak nie zapowiada się, by została moją synową i...

          – Nie wierzę. Po prostu nie wierzę, że to powiedziałaś. Własna matka! Wydziedziczam cię!

          – Obawiam się, kochanie, że nie masz do tego uprawnień. Poza tym, to ja powinnam wydziedziczyć ciebie za to, co zrobiliście z chłopcami temu Ślizgonowi. Severus Snape, tak? Merlinie, mój syn został bandytą...

          – Jakim tam bandytą, mamuś! Ja po prostu urozmaicam innym wolno płynący, niemiłosiernie dłużący się czas gderania drogiej Minerwy i starego Dropsa... A wracając do Lily, zobaczysz, jeszcze będzie moją żoną i wtedy będziesz musiała mnie przeprosić. Pięć razy, dla pewności, że wybaczyłem! A, i kupisz mi nową miotłę.

          Uśmiecha się iście huncwocko, a potem biegiem puszcza się w stronę kuchni. Dorea tylko czekała na ten moment. Nie od dziś wiadomo, że jej syn dostaje gorączki, kiedy widzi naleśniki.

          Podąża za nim po to, by posłać mu pełne politowania spojrzenie, a potem bez słowa podsuwa pod jego nosy biały talerz i jeden większy, wypełniony naleśnikami. Obserwuje, jak jej syn mruczą z zadowoleniem, a potem rzuca się na jedzenie jak wygłodniałe wilki. Kręci z dezaprobata głową; gdyby Syriusz i Colleen tu byli, z pewnością James nie zdążyłby złapać ani jednego naleśnika. 

          – Jakieś wieści od Collie? – pyta z pozoru beztrosko, starając się nie okazywać większego zmartwienia, które od kilkunastu godzin trzyma w sobie. 

          – Mamo, jest u Lily dopiero jeden dzień – mamrocze Rogacz, uprzednio przeżywając dokładnie kawałek, który miał w buzi. Wie, jak bardzo Dorea nie lubi, kiedy mówi z pełnymi ustami. – Daj jej żyć

          Kobieta wydaje z siebie parsknięcie. 

          – Jamesie Charlusie Potterze, jesteś nieczuły – rzuca oskarżycielsko, marszcząc brwi tak, że pojawia się między nimi długa zmarszczka. 

          Potter przez chwilę myśli, że jego mama przypomina w tym momencie zdenerwowaną Lily i automatycznie wybucha śmiechem, rzucając widelec gdzieś na bok. Dorea, wyraźnie przyzwyczajona do tego typu zachowania, jedynie wywraca oczami.

          – Kiedy już cię wyślemy do wariatkowa, myślę, że Syriusz będzie mógł przejąć twój pokój – informuje Dorea, kiedy zerka na niego szybko. – Uwiniemy się z tym do następnego tygodnia.

          Odpowiada jej jedynie uniesiony kciuk Pottera, który właśnie wpycha sobie w usta trzeciego naleśnika. James myśli o tym, że brakuje mu Łapy, siedzącego obok i wyrywającego mu ostatnią porcję. Przez rok zdążył przywyknąć do jego stałej obecności. Zdążył przyzwyczaić się do tego, że ma brata. Przełyka głośno ślinę, patrząc na puste krzesło, zwykle zajmowane przez Blacka. To niedorzeczne, jak bardzo brakuje mu jego obecności. Gdyby Syriusz wiedział, zapewne wybuchnąłby śmiechem, nazywając go babą. Ale tego nie zrobi, ponieważ go tu nie ma.

          - Jakieś wieści od Syriusza? - pyta cicho kobieta, zupełnie, jakby czytała w jego myślach. Siada naprzeciw Jamesa, sama rzucając gorzkie spojrzenie wolnemu siedzeniu obok. - James, wiesz, że gdybym mogła, zrobiłabym wszystko, żeby do nas wrócił.

          - Wiem, mamo. Wiem. 

         To niezwykłe, jak szybko Dorea zdołała pokochać jego przyjaciela jak własnego syna. To niezwykłe, jakim ciepłem go otoczyła. To niezwykłe, że mogła dla niego zginąć, co udowodniła już wiele razy. 

          James wie, że musi przestać o tym myśleć, bo niepotrzebnie się wzruszy. A wtedy sam nazwałby się babą. I jak Lily mogłaby go zechcieć, gdyby stał się mazgajem?!

          - No, mamuś, całe szczęście, że ja mogę zrobić wszystko. Może nie całkiem legalnie, nie do końca bezpiecznie, nieco nieprzemyślenie, ale...  

              - Zrozumiałam. Nic nowego. - Pani Potter przerywa mu i ku jego zdziwieniu, uśmiecha się szeroko, tak, że przypomina jego samego. - Po prostu zrób to szybko. I uważaj na siebie, nie chcę cię widzieć poturbowanego. A w razie problemu z kochaną Walburgą... cóż, od zawsze chciałam skopać jej tyłek.

          O Merlinie, chyba ma zły wpływ na własną matkę.     

*****

          - Proszę, proszę. Pettigrew, gdzie zgubiłeś swoją bandę?! A może o tobie zapomnieli, jak ostatnio, co?!

          Peter zaciska mocno powieki, mając nagle nadzieję, że zza rogu wyskoczą jego przyjaciele, którzy mogliby obronić go przed Ślizgonami - zwłaszcza Averym i Dołohovem. Zawsze musi mieć takie nieszczęście, by na nich wpaść i nigdy nie kończy się to dla niego dobrze...

          Nie odpowiada, chcąc jak najszybciej przejść obok nich, a potem pobiec do Wieży Gryffindoru i siedzieć tam tak długo, jak trzeba. To nie dość gryfońskie, ale jakie to ma znaczenie? Woli porzucić ideę domu i ratować własny tyłek, niż stawać do walki z kimś o wiele silniejszym, by odnieść kolejne obrażenia, a potem znosić reprymendę Syriusza na temat tego, że powinien w końcu nauczyć się bronić. 

          - Ogłuchłeś? - wtrąca złośliwie Avery, zagradzając mu drogę swoim ciałem. Jest o wiele wyższy od blondyna i ten musi zadrzeć głowę, by na niego spojrzeć, co wywołuje kolejną salwę śmiechu wśród Ślizgonów. - Antonin o coś zapytał.

          - Nie mam czasu na głupie bójki - mruczy szybko Peter, za wszelką cenę starając się opanować drżenie głosu. 

          - Och, kto powiedział, że to bójka? - Dołohow uśmiecha się paskudnie i staje bliżej niego, tak, że Peter, przez swoje rozwinięte zmysły, może wyczuć zapach Ognistej Whisky. - Właściwie, jesteśmy tu po to, żeby... porozmawiać. 

          Zdziwienie to za małe słowo, jeśli chodzi o opisanie tego, co czuje Pettigrew. Unosi brwi tak wysoko, jak potrafi, w głowie powtarzając kilkukrotnie słowa Ślizgona. Po co mieliby z nim rozmawiać? 

          - Mamy sprawę. 

          Czuje, jak zasycha mu w gardle i nie potrafi odpowiedzieć - nie wie, czy z niechęci, czy zwyczajnego strachu, jaki zawładnął jego ciałem w chwili, kiedy zobaczył ich na korytarzu. Gdyby tylko potrafił szybko biegać, już dawno uciekłby w drugą stronę. Wie jednak, że bez Lupina, Pottera i Blacka jego szanse są znikome. W pojedynkę Peter jest nikim. Zaciska zęby na samą myśl - nie lubi bezsilności, a tylko tak można opisać jego działania, kiedy jest kompletnie sam. 

          - Nie mam czasu - mówi nieco głośniej i odważniej, niż poprzednim razem i nawet się prostuje, ale nie trwa to długo - Dołohov nachyla się nad nim z rozzłoszczoną miną i Peter nagle traci całą odwagę, jaką zdołał zebrać. - J-ja...

          - Milcz, Pettigrew, i słuchaj, co mamy ci do powiedzenia - nakazuje Avery, a potem niespodziewanie zaciska swoje długie, chude palce na pulchnej szyi Petera.

          Nie może powstrzymać cichego, zduszonego pisku, który wyrywa się z jego gardła w akcie rozpaczy. Nie mija sekunda, nim jest przyciśnięty do muru, a dłoń zaciska się na jego krtani jeszcze mocniej, tak, że jego oddech słabnie. Pettigrew modli się, by ktoś przechodził tym korytarzem w następnych kilku chwilach. Inaczej źle się to skończy...

          - O, biedny, mały Peter. - Głos Antonina przecieka rozbawieniem i sarkazmem. Patrzy na niego jak na robaka, podczas kiedy Gryfon łapie gwałtowne, płytkie wdechy, starając się czerpać jak najwięcej powietrza. - Bez swoich żałosnych przyjaciół nie jesteś już taki odważny, co? Ciekawe, co skłoniło tiarę do przydzielenia cię do tego plugawego domu...

          - Do Gryffindoru zawsze trafiają najgorsze szumowiny - wtrąca z paskudnym uśmiechem drugi z nich.

          - Ale ty nie musisz być taki, jak oni, Peter.

          Chłopak marszczy brwi, kiedy uścisk silnej dłoni Avery'ego słabnie. O czym on mówi?

          - Już jesteś inny. Nie pchasz się jak głupiec w stronę kłopotów. Całe życie zasłaniasz się tylko Potterem i jego bandą... Nie masz tego czasem dość? Jak to jest, być jedynie cieniem sławnej trójki? Jak to jest, kiedy nikt nie zna twojego imienia? Powiedz, Pettigrew... Jak to jest być nikim?

          Jego ciało drży. 

          Nie potrafi wydusić z siebie słowa; właściwie po co miałby to robić? Dlaczego miałby rzucać fałszywe tłumaczenia, jąkając się przy tym niemiłosiernie i w strachu unikając wzroku Ślizgonów? Dlaczego miałby upierać się, że nie zasłania się Huncwotami, że jest tak samo ważny, jak oni. 

          Dlaczego miałby kłamać?

          To było wiadome od zawsze, a przynajmniej od momentu, kiedy pozostała trójka zaczęła często go uciszać albo się z niego nabijać - nie jest im równy. Potter, Black i Lupin zawsze stali wyżej, niż on, nie robiąc nic, by pociągnąć go w górę. Byli dla niego dobrzy, ale zwyczajnie czuli się lepsi. Peter zaciska mocno powieki, a jego serce bije jak szalone.
"Nie zdradzę", powtarza uparcie w myślach, starając się odgonić świadomość, że to właśnie początek końca. "Nie słuchaj ich. To twoi przyjaciele, nigdy nie będziesz ich cieniem". Ale czy nie tym właśnie jest od pięciu długich lat? Czy nie na tym polega jego rola? Jest obok nich, ale nie z nimi. Jest tylko Peterem Pettigrew, Glizdogonem, marną podróbką Huncwota. 


          Mimowolnie zastanawia się, co pomyślałby teraz o nim Syriusz. Black od zawsze stanowił wzór do naśladowania, ukształtowało się to w głowie Glizdogona już bardzo dawno, kiedy z podziwem patrzył na poczynania przyjaciela. Zawsze myśli, co powiedziałby Łapa - w każdej, nawet najmniej ważnej sytuacji, przy każdej podjętej decyzji. Ale właściwie dlaczego tak ma wyglądać jego życie do samego końca? Dlaczego ma opierać się na wzorach, które czasem nie potrafią obdarzyć go choć odrobiną szacunku? Bo Syriusz jest tym, który śmieje się najgłośniej, kiedy Peter zrobi coś głupiego. Syriusz jest tym, który najsurowiej gani go, gdy kolejny raz wraca do dormitorium z podkulonym ogonem i siniakami oraz ranami zadanymi przez wychowanków Slytherinu. Syriusz jest tym, który najczęściej wypomina mu, jaki jest słaby. Dlaczego więc Peter chce stać się taki, jak on? 

          Dlaczego dopiero teraz zaczyna rozumieć, że Black nie jest idealny?

          - Właśnie tak, Peter... 

          - Musisz wiedzieć, że nie wszyscy są tacy, jak te nędzne szumowiny. Są kręgi, w których wszyscy są... równi. Wystarczy tylko zasłużyć. - Syk Avery'ego roznosi się ciemnym, opustoszałym korytarzem. Ciemne oczy mężczyzny wlepione są w twarz Petera, wykrzywioną w dziwnym grymasie. I triumfuje. 

          Peter przełyka ślinę głośniej, niż planował.

          - O-o czym ty mówisz?

          - O szeregach Czarnego Pana, Pettigrew, gdzie nagrodzony zostaje każdy, kto tylko pokaże, że na to zasługuje.

          I to rzeczywiście był początek końca.


          - Jak mogłeś, Glizdogonie?

          - Byłeś naszym najlepszym przyjacielem. Teraz musimy cię zabić...

          Zrywa się z łóżka i nie mija sekunda, nim łapie leżącą na szafce różdżkę, by oświetlić pokój. Ale jest w nim kompletnie sam, a oskarżycielskie głosy Jamesa i Syriusza to tylko część snu, z którego nigdy nie będzie mógł się już wybudzić.

          A wraz ze światłem różdżki, nie każdy mrok odchodzi. Ten, który zakorzeniono w jego sercu miesiąc wcześniej jest potężniejszy, niż kiedykolwiek. I nie ma odwrotu.

*****

          Wstępując do Zakonu Feniksa w tak młodym wieku, na dodatek jeszcze przed ukończeniem szkoły, nie miała pojęcia, że będzie uczestniczyła w zebraniach. Jej zdziwienie było ogromne, kiedy z samego rana dotarła do niej sowa z adresem od samego Dumbledore'a. Uśmiechnęła się wtedy z dumą - musiał widzieć w niej coś więcej, niż zagubioną, głupią nastolatkę, podejmującą decyzje bez większego namysłu. Musiał jej ufać.

          Opuściła dom razem z ojcem, aportując się do niewielkiej wioski w zachodniej części Anglii. Było tam tylko kilka budynków, a każdy z nich wyglądał, jakby lada moment miał się rozpaść. Zmarszczyła brwi; sądziła, że spotkania zakonu będą odbywać się w żywych miejscach zapełnionych ludźmi. Takie wioski, jak ta, kojarzyły jej się jedynie ze Śmierciożercami. Dumbledore wie, co robi, mówi w myślach, a potem szybkim krokiem nadrabia odległość dzielącą ją, a jej tatę. Pan Meadowes wygląda, jakby ktoś trzasnął w niego jakąś okropną klątwą; jest blady, jego ręce przez cały dzień drżą i nic nie mówi. Dorcas wie, że nie może pogodzić się z faktem, że jego mała córeczka stała się dorosłą kobietą, która samodzielnie o sobie decyduje. Wie też, że z czasem będzie musiał do tego przywyknąć, bo ona nie odpuści.

          Miejsce zebrania okazuje się być najmniejszym, najbardziej zniszczonym budynkiem w okolicy. Dorcas staje przed mosiężnymi, zabrudzonymi drzwiami i powtarza w myślach zdanie, które dyrektor naskrobał na kawałku pergaminu.

          Kwatera Główna Zakonu Feniksa znajduje się przy Rosemary Street 3

          Wraz z jej słowami, drzwi z każdą sekundą zmniejszają się, aż w końcu pozostaje z nich tylko spora dziura w ścianie. Dorcas marszczy brwi; co, do cholery? Zerka z niepewnością na ojca, który teraz ściska już w dłoni swoją różdżkę, i kiedy blondynka ma zrobić to samo, w dziurze pojawia się wesoła twarz Albusa Dumbledore'a.

          - Wystarczy się nachylić - tłumaczy z lekkością, a potem znika, nim którekolwiek z nich zdąży odpowiedzieć.

          Dorcas wyklina w myślach pomysły profesora, ale zgodnie z jego poleceniem zbliża się ze zmarszczonymi brwiami do dziury, mrużąc oczy i próbując coś w niej dostrzec - widzi jednak tylko nieprzeniknioną czerń. Już ma się odsunąć i coś powiedzieć, kiedy nagle coś szarpie ją w pępku, a cały świat zaczyna wirować. Ostatkami woli powstrzymuje pisk, który prawie wyrywa się z jej ust i zamyka mocno oczy, marząc o tym, by móc z powrotem stanąć na ziemi. Kiedy po raz kolejny przeklina Dumbledore'a, wszystko ustaje równie szybko, co się zaczęło, a ona opada na twardą posadzkę.

          - Co, do...

          - Witamy w Kwaterze Głównej Zakonu Feniksa, Meadowes.

          Patrzy ze zdziwieniem na stojącą przed nią kobietę, zapewne niewiele starszą od niej samej, która wyciąga w jej kierunku dłoń. Jest wysoka i szczupła, a jasne włosy opadają kaskadami na jej ramiona. Ciemne oczy nieznajomej mierzą ją ze zniecierpliwieniem, więc Dorcas ostatecznie łapie jej rękę i podnosi się z ziemi, krzywiąc się, kiedy wyczuwa ból w kolanie. Musiała mocno uderzyć.

          - Nieźle się poturbowałaś - mówi kobieta, uśmiechając się szeroko - ale nic się nie przejmuj, ja za pierwszym razem zrobiłam trzy fikołki i uderzyłam czołem w tamtą ścianę - dodaje, pocieszając tym Meadowes, która niemal wzdycha z ulgą, słysząc jej słowa. - Miło poznać najmłodszą członkinię naszej małej, uroczej organizacji. Swoją drogą, co takiego zrobiłaś, że udało ci się przekonać Dumledore'a, żeby cię przyjął? Zawsze tak przestrzega zasad zakonu, a tymczasem jesteś tutaj, mając zaledwie siedemnaście lat. Niesamowite.

          Dorcas myśli przez moment, że ta kobieta przypomina jej Colleen - mówi tak samo szybko i niezrozumiale. Meadowes niemal wybucha śmiechem, słysząc jej trajkot.

          - Cóż, po prostu... poprosiłam.

          - Niesamowite - powtarza brunetka, odgarniając swoje długie włosy na bok. - A, nie przedstawiłam się. Emmelina Vance, miło mi cię poznać, dużo o tobie słyszałam i... O, dzień dobry, Tobiasie.

          Pan Meadowes kładzie rękę na ramieniu córki, kiedy zjawia się w niewielkim, zakurzonym korytarzu zupełnie znikąd.

          - Witaj, Emmelino. Poznałaś już Dorcas. - W jego głosie pobrzmiewa duma i serce Dorcas niemal wyskakuje z jej piersi, kiedy to słyszy. - To świetnie, w takim razie czas na zebranie. Zapraszam panie do salonu.

          Wspomniany salon okazuje się jedynym czystym pomieszczeniem w tej ruderze. Białe ściany i ciemne zasłony w oknach kontrastują z kolorowymi kanapami i obrzydliwie zielonym dywanem, na który Meadowes patrzy z niesmakiem. Na jednej ze ścian dostrzega setki wycinków z Proroka Codziennego i innych czarodziejskich gazet. Każdy nagłówek zawiera imię Voldemorta i jego popleczników i Dorcas dopiero teraz w pełni rozumie, na co się pisała. Bierze głęboki oddech, a potem z czystą ciekawością rozgląda się po pozostałych członkach Zakonu Feniksa. Emmelina i jej ojciec siedzą już na jednej z kanap, rozmawiając z Alastorem Moodym, którego twarz blondynka pamięta z gazet. Obok siedzi ciemnoskóry mężczyzna w niebieskiej szacie - to zapewne Kingsley Shacklebolt, o którym ojciec jej tyle opowiadał. Zakon wiele mu zawdzięcza. Dalej widzi trzy kobiety z szerokimi uśmiechami, rozmawiające przyciszonymi głosami i zerkającymi na nią z zaciekawieniem. Wywraca na ten widok oczami i już ma patrzeć dalej, kiedy nagle wyrasta przed nią Dumbledore.

          - Witaj, Dorcas. Dropsa?

          - Dzień dobry, panie profesorze - odpowiada, chichocząc na jego pytanie. Nie od dziś wie, jak wielkie jest zamiłowanie dyrektora do słodyczy. Pamięta, jak Huncwoci opowiadali, że kiedy raz zakradli się do jego biura, niemal całe zapełnione było lukrecjowymi pałeczkami. - Chyba podziękuję.

          Albus wzrusza ramionami, a potem gestem dłoni zaprasza ją do pozostałych. Dziewczyna, z braku innych możliwości, z wielką niechęcią siada obok trzech kobiet, które moment wcześniej plotkowały na jej temat. Czuje płynące w jej żyłach podniecenie, kiedy dyrektor ogłasza, że czas zacząć zebranie. Mama będzie dumna, powtarza po raz kolejny w myślach i wyłapuje wzrok ojca. Oboje będą.


*****

          Krzyk Petunii Evans rozbudza wszystkich domowników, łącznie ze starym kotem, który zwykle nie reaguje na hałasy. Prawdę powiedziawszy, zdaje się, że mógłby obudzić całe sąsiedztwo, a może nawet miasto. Colleen wybucha śmiechem na tę myśl - o tak, nie zdziwiłaby się, gdyby nagle sąsiedzi zapukali do drzwi ze skargami.

          - Ty... ty... ty dziwolągu!

          - Oj, Peti, nie sądzę, że powinnaś mnie obrażać. Pamiętaj, że to ja trzymam magiczny patyczek - mruga do niej z wielkim rozbawieniem. Już dawno nikt nie dostarczył jej takiej rozrywki!

          To nie tak, że od samego początku planowała naskoczyć na siostrę Lily z różdżką. No, może chciała zemścić się za wszystkie łzy, jakie ruda dawniej wylewała, ale początkowo miała zostawić to na później. Kiedy tego ranka wpadła na Petunię w kuchni, gdy zeszła po szklankę soku, zaczęło się piekło. Petunia naskoczyła na nią ze swoim jadem, prawdopodobnie nie spodziewając się odpowiedzi na swój atak. A otrzymała ją - i to w pięknej postaci Upiorogacka.

          - Wynoś się z mojego domu - warczy blondynka, patrząc wściekle na Collie.

          - Przykro mi, Peti, ale nie jestem twoim gościem.

          Petunia wygląda, jakby miała rozszarpać Avis na strzępy i to tylko wzmacnia rozbawienie brunetki. Kto by się spodziewał, że siostra Lily potrafi być aż takim wrzodem na tyłku? Już ma wypowiedzieć kolejne zaklęcie, kiedy do kuchni wpada zaspana Lily. Wygląda, jakby i ona oberwała jakąś klątwą. Patrzy z szeroko otwartymi oczami na scenę, która się przed nią rozgrywa. Collie dostrzega, jak kącik jej ust drży i już wie, że na widok Petunii leżącej na podłodze, Lily ledwie powstrzymuje śmiech.

          - Co się tu dzieje?

          - Nic takiego - odpowiada beztrosko, obracając różdżkę między palcami. - Właśnie tresuję twoją siostrę. To jak, Peti, teraz aport?

          Ruda parska pod nosem, kiedy z ust jej starszej siostry wylewa się kolejna fala wymyślnych przekleństw.

          - Wy... wy chore wybryki natury! Jesteście nienormalne, to się leczy! Nie...

          Jej krzyk zostaje przerwany krótkim, prostym zaklęciem z ust Colleen. Nie mija sekunda, nim Petunia mimowolnie zaczyna tańczyć kankana, mając przy tym tak przerażoną minę, że przyjaciółki już nie powstrzymują się od śmiechu.

          - To jak, Lilka, robisz śniadanie?

          Ten dzień zdecydowanie nie mógł zacząć się lepiej.