05 grudnia 2016

Rozdział 18: Oskarżeni

*****

          Jest zaskoczona, kiedy profesor McGonagall wparowuje do ich dormitorium o szóstej rano, ale kiedy widzi minę kobiety, o nic nie pyta - prawdopodobnie ta jedynie zmroziłaby ją wzrokiem, a tego woli uniknąć. 

           Pięć minut później stoi zaspana w Pokoju Wspólnym Gryffindoru. McGonagall weszła do dormitorium Huncwotów i prawdopodobnie próbuje dobudzić Syriusza, co nie jest wcale prostym zadaniem. Przez krótki moment Colleen nawet jej współczuje. Ziewa, przymykając oczy i marząc jedynie o powrocie do łóżka.

          Idziemy.

          Profesorka ciągnie za sobą nieprzytomnego Blacka. Ten mamrocze coś pod nosem na tyle niewyraźnie, by kobieta nie dosłyszała przekleństw lecących w jej kierunku. Collie zachichotałaby, gdyby nie była tak zmęczona. Przeciąga się, a potem posłusznie maszeruje za opiekunką Gryffindoru. Ma przy tym tak zrozpaczoną minę, że Łapa natychmiast ożywia się i wybucha śmiechem. McGonagall odwraca się na ułamek sekundy i mierzy go zirytowanym wzrokiem, więc chłopak automatycznie się ucisza.

          Ekhem, pani profesor zaczyna Syriusz, patrząc uważnie na plecy kobiety. Nie chcę być wścibski, oczywiście, to nie leży w mojej naturze, ale dokąd właściwie nas pani ciągnie o szóstej rano?

          Kiedy nie otrzymuje odpowiedzi, warczy cicho pod nosem i już więcej nic nie mówi.

          Jakiś czas później stoją przed wejściem do gabinetu dyrektora. Colleen w myślach szuka momentu, w którym złamała przepisy szkolne tak bardzo, że McGonagall przyprowadziła ją właśnie tutaj. No, święta nie jest, ale bez przesady...

          Wbija wzrok w posąg gargulca

          Dyrektor wam wszystko wyjaśni. Czeka was poważna rozmowa mierzy ich spojrzeniem, marszcząc przy tym brwi. Powodzenia. Cytrynowy sorbet dodaje, a posąg odsuwa się, tym samym zezwalając im na wejście.

          Zerka na Syriusza, a ten kiwa niemal niezauważalnie głową.

          Wnętrze gabinetu diametralnie różni się od jakiegokolwiek pomieszczenia w zamku. Jest okrągłe, na ścianach wiszą setki obrazów przedstawiających poprzedników Dumbledore'a. Colleen w oddali dostrzega Tiarę Przydziału i uśmiecha się dumnie na samo wspomnienie pierwszego dnia w szkole. Rodzice byli z niej tacy dumni, kiedy powiadomiła ich o tym, że trafiła do Gryffindoru - tam, gdzie tata. Zabawne, że jeszcze wtedy byli w stanie odpisać na sowę córki, nawet, jeśli pracowali dokładnie tyle samo, co dziś.

          Dzień dobry, moi drodzy. Dyrektor siedzi przy biurku, spoglądając na nich przyjaźnie spod swoich okularów. Siadajcie.

          Wykonują jego polecenie bez żadnych sprzeciwów. Colleen przygląda mu się uważnie; Syriusz błądzi wzrokiem po gabinecie, raz po raz rozszerzając oczy, kiedy widzi przedmiot, który go interesuje.

          Profesor McGonagall zapewne nie wspomniała o tym, dlaczego tutaj jesteście. Dropsa? Marszczy brwi, kiedy oboje kręcą przecząco głowami. Cóż, to dość trudna i skomplikowana sytuacja. Gdyby to zależało ode mnie, nie robiłbym z tego zamieszania, ale Ministerstwo Magii ostatnio bardzo pilnuje tego, co dzieje się w świecie czarodziejów i niewiele mogłem zrobić.

          O co właściwie chodzi, panie dyrektorze? pyta Colleen.

          Nim Dumbledore odpowiada, drzwi gabinetu otwierają się, a do środka dumnym, sprężystym krokiem wchodzi sam Minister Magii, Harold Minchum. Ma wysoko uniesioną głowę, na jego twarzy goszczą zmarszczki, a przez czerń jego krótkich włosów powoli przebijają się siwe kosmyki. Jest bardzo wysoki i chudy, a pierwsze, co rzuca się w oczy to jego długie, wątłe nogi. Avis słyszała o nim bardzo wiele niekoniecznie dobrych rzeczy. Podobno nie radził sobie ze swoim stanowiskiem tak, jak sądził. Unosi wysoko brwi i patrzy na niego ze zdziwieniem. Co Minister Magii robi w Hogwarcie? Zerka kątem oka na Syriusza i wie, że musi chodzić o nich. Pytanie tylko, co złego zrobili?

          Haroldzie, dzień dobry wita go Albus, a potem wstaje po to, by uścisnąć mu dłoń. Cieszę się, że znalazłeś czas, żeby odwiedzić Hogwart.

          Dobrze znów tutaj być odpowiada Minchum. Rozumiem, że to właśnie pan Black i panna Avis? Patrzy na nich przeszywającym wzrokiem, a potem zajmuje trzeci fotel przed biurkiem. 

          W rzeczy samej, to właśnie oni mówi dyrektor szkoły. 

          Colleen patrzy na obu mężczyzn z wahaniem. 

          Haroldzie, uważam, że powinieneś poważnie przemyśleć swoją decyzję. Są jeszcze młodzi, poza tym zrobili to, bo nie mieli żadnego innego wyjścia...

          Z całym szacunkiem, Albusie, ale pragnę zauważyć, że to Ministerstwo decyduje o ich dalszych losach, a nie ty przerywa mu.

          Avis przygląda mu się uważnie. Jego wyraz twarzy to naprawdę nic przyjemnego. Wygląda, jakby miał za chwilę rzucić w ich kierunku jakąś paskudną klątwę i mimowolnie dziewczyna zaciska dłoń na różdżce w lewej kieszeni swetra. 

          Ojciec w swoich listach z poprzedniego semestru opowiadał jej o tym człowieku. Był bardzo nieporadny, teraz, kiedy tak źle się działo. Nie potrafił zapewnić Wielkiej Brytanii bezpieczeństwa - jedyne, co zrobił, to zwiększenie liczby dementorów w Azkabanie. Ale to przecież wcale nie miało zwalczyć Lorda Voldemorta. To nie miało go powstrzymać. 

          Przepraszam, że się wtrącę, ale dlaczego tak właściwie tutaj jesteśmy? 

          Dziewczyna patrzy na Blacka, który wygląda na lekko poirytowanego. Widzi jego zaciśniętą pięść i w myślach modli się, by nie zrobił niczego głupiego w obecności Harolda Minchuma. Bądź co bądź, jest Ministrem Magii i ma pełną władzę. Czuje delikatną ulgę, kiedy Syriusz przenosi na nią wzrok, a jego szarych oczach nie widzi nic, oprócz zaciekawienia. Cóż, przynajmniej wie, że nie musi się spodziewać wybuchu z jego strony. Łapa bywa bardzo impulsywny. Nie może powiedzieć, że bardzo się od niego różni. Właściwie oboje są całkiem podobni, z tą różnicą, że Collie wie, kiedy tę impulsywność stłumić.

          Nie wyjaśniłeś im jeszcze? Harold patrzy z dezaprobatą na Dumbledora, a potem kręci głową. Cóż, ja to zrobię. Pan, panie Black, i pańska przyjaciółka, dopuściliście się przestępstwa, jakim jest użycie czarów poza Hogwartem przed osiągnięciem pełnoletności. To wydarzenie miało miejsce 25 grudnia, jestem pewien, że wiecie, o czym mówię.

          Zaskoczenie to nic w porównaniu do tego, co odczuwa Colleen. Przez jej głowę przewijają się tysiące myśli, a ona sama nie potrafi uwierzyć w to, co usłyszała. Minister Magii pojawił się tutaj, by ukarać ich za to, że walczyli. 

          Słucham? mówi w końcu, nie wytrzymując dłużej myśli rozrywających jej głowę. Przestępstwa? Czy pan się słyszy?

          Cóż, jest już za późno, żeby się wycofać.

          Takie jest prawo, panno Avis.

          Mam gdzieś wasze pieprzone prawo! Ja i Syriusz rzuciliśmy się do walki, oboje mogliśmy zginąć, ratując innych, a w zamian pan przychodzi tutaj i zarzuca nam przestępstwo?!

          - Colleen, myślę, że krzyk tutaj nic nie zdziała - odzywa się jak zawsze spokojnie Dumbledore, mrugając do niej i posyłając jej delikatny uśmiech, zupełnie, jakby wbrew swoim słowom był dumny z jej wybuchu. - Niemniej jednak uważam, że masz rację. Mieli szansę uciec, Haroldzie, ale tego nie zrobili. Pomogli innym walczyć.

          - To nie ma żadnego znaczenia.

          Colleen przymyka oczy i liczy do dziesięciu.

          - Niestety, oboje będziecie musieli udać się do Ministerstwa Magii na przesłuchanie w sprawie waszego wykroczenia.

*****

          - To chyba jakiś żart! Co jest z nimi nie tak?!

          Lily przemierza z nią błonia, wymachując śmiesznie rękami. Wracają właśnie z Zielarstwa; wieść o tym, że Collie i Syriusz będą przesłuchani rozniosła się dość szybko i większość uczniów zagadywała ich ciągle na ten temat. Zajęcia z profesor Sprout były więc katorgą. 

          - Nie mają prawa nic wam zrobić, przecież... przecież chcieliście dobrze! Kto by myślał o tym, żeby was przesłuchiwać?!

          - Zamiast tego powinni spiąć tyłki i zacząć szukać śmieciusów, którzy tam wtedy byli. - James Potter pojawia się u ich boku jak zawsze, znikąd i niespodziewanie, przez co Lily podskakuje. - Cześć, Evans. 

          - Myślałam, że zwracamy się do siebie po imieniu, Potter.

          Chłopak posyła jej w odpowiedzi uroczy uśmiech.

          - Nie ma sprawy, Potter - odpowiada i nim Lily orientuje się, co właściwie powiedział, Colleen przerywa ich pogawędkę.

          - Jesteście słodcy, naprawdę, ale nie mam ochoty teraz tego wysłuchiwać. Zaraz muszę iść się spakować, a potem razem z Blackiem i Dumbledorem teleportujemy się do ministerstwa i, Merlinie, jeśli zamkną mnie w Azkabanie to przysięgam, że...

          Ruda Gryfonka wydaje z siebie zduszony okrzyk, a potem uderza przyjaciółkę w ramię.

          - To niedorzeczne, nawet tak nie mów, wariatko - karci ją. - Do Azkabanu trafiają przestępcy, a wy nimi nie jesteście. Boże, ta sprawa jest nienormalna. Cholerne ministerstwo, głąby jedne...

          James wybucha śmiechem.

          - Nie panikuj, Liluś - przerywa jej. - Nie wierzę, że stary Drops tak to zostawi. Nie pozwoli im was zamknąć. Swoją drogą, dziwię się, że jeszcze nic z tym nie zrobił.

          - Nie może nic zrobić. Ministerstwo ma pełną władzę...

          - Bzdura. 

          Colleen wzdycha, a potem patrzy w stronę zamku. 

          Sądzili, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Wierzyli, że cisza przyniesie ukojenie i naprawi to, co zostało zniszczone. Byli w wielkim błędzie. Bo prawdziwa wojna zaczyna się dopiero teraz. A oni są zmuszeni stawić jej czoła.

*****

          - Alicja! Hej, Alicja!

          Frank dyszy ze zmęczenia; przebiegł chyba cały Hogwart w pogoni za szatynką, która zdaje się nie słyszeć jego nawoływania. Albo go zwyczajnie ignoruje.
   
          Czuje niesamowitą ulgę, kiedy Gryfonka w końcu zatrzymuje się i obraca na pięcie, patrząc na niego ze zdziwieniem. Wraz z każdym krokiem Frank widzi więcej szczegółów jej twarzy; dostrzega jej nienaturalnie bladą cerę, podkrążone i spuchnięte oczy, zaschnięte wargi i zaczerwieniony nos. Wygląda, jakby płakała. Ale dlaczego miałaby płakać?

          - Coś się stało? - pyta cicho dziewczyna, odgarniając włosy za ucho i patrząc na niego z wahaniem. 

          Longbottom doskonale wie, że się go wstydzi. Alicja jest dość skryta i cicha. Zbyt długo obserwował ją podczas zajęć, w Wielkiej Sali, w Pokoju Wspólnym, by nie być tego świadomym. Zbyt wiele razy przyglądał się jej rumieńcom, kiedy ktoś obcy zagadywał ją. Zbyt często widział, jak nieśmiało spuszcza głowę, kiedy ich spojrzenia wpadają na siebie. I te krótkie chwile, zaledwie sekundy, sprawiły, że w jego oczach była wyjątkowa.

          Nie wie, kiedy to się dokładnie zaczęło. Jedyna chwila, jaka przychodzi mu do głowy, to ta, kiedy mijał ją na jednym z korytarzy zamku. Wyglądała ślicznie - uśmiech rozjaśniał jej twarz, policzki przybrały czerwoną barwę, a ciemne oczy świeciły się. Wpadła na niego wtedy, a potem dziesięć minut powtarzała przeprosiny. Frank śmiał się wtedy, zapewniając, że nic takiego się nie stało. Ale stało się. 

          Zaczął zwracać uwagę na Alicję Springs. Obserwował ją za każdym razem, kiedy tylko miał taką okazję. Kiedy coś mówiła, słuchał z największą uwagą. Kiedy przechodziła obok, nie potrafił się za nią nie obejrzeć. A kiedy ona robiła to samo - nie mógł powstrzymać radości. I to nie tak, że to planował. Od zawsze uważał, że jest ładna, ale nigdy nie widział w niej niczego więcej. Teraz, stojąc naprzeciw niej, widzi wszystko to, czego dawniej nie był w stanie dostrzec. I czuje pewnego rodzaju dumę, ponieważ Alicja jest wyjątkowa, niezwykła. A on jest po prostu Frankiem Longbottomem, niezdarnym Gryfonem, który obija się o wszystko, obok czego przechodzi i za każdym razem wraca na wakacje do domu z jakimś złamaniem. Jest zwyczajny, a jednak to na jego widok Springs rumieni się najbardziej. 

          - Chyba ja powinienem o to zapytać - odpowiada, przyglądając jej się ze zmartwieniem. - Płakałaś?

          - To nic takiego. Po prostu strasznie przejęłam się tym, co Dorcas mi powiedziała i...

          - Chodzi ci o przesłuchanie Blacka i Avis?

          Odpowiada mu krótkie kiwnięcie głową. Frank wzdycha. Dowiedział się o tym od Remusa kilkanaście minut wcześniej i jedyne co czuł, to zirytowanie.

          - Możesz być spokojna - mówi. - Wiem co nie co o tym dekrecie, mój ojciec pracuje w ministerstwie...

          - Co? - przerywa mu Alicja, unosząc brew. Natychmiast się rumieni, a jej długie włosy zasłaniają delikatnie jej twarz. - Och, przepraszam. Mów dalej.

          Powstrzymuje chichot i chęć przytulenia jej. 

          - Dekret o Uzasadnionych Restrykcjach wobec Niepełnoletnich Czarodziejów - tłumaczy Longbottom i łapie dziewczynę za łokieć. - Dokąd szłaś?

          - Do Pokoju Wspólnego.

          - Jasne. Odprowadzę cię. - Nie czekając na jej odpowiedź, rusza w kierunku schodów, ciągnąc ją delikatnie za sobą. - Ojciec trochę mi o tym opowiadał, ma na tym punkcie manię. No i rozpaczliwie chce, żebym i ja pracował kiedyś w ministerstwie, co mnie kompletnie nie kręci, więc... ee... - Przez krótki moment zastanawia się, o czym właściwie mówił. - Ach, tak. Nie mam pojęcia, jak ministerstwo dowiedziało się, że to Łapa i Collie rzucali zaklęcia. Namiar nie pokazuje czarodzieja, który je rzuca, a miejsce, gdzie to się dzieje. A tam było pełno osób. To trochę dziwne.

          - Myślisz, że był tam ktoś z Ministerstwa Magii? - Twarz dziewczyny wyraża zaciekawienie i coś jeszcze, ale tego Frank nie potrafi nazwać.

          Chłopak powoli kiwa głową.

          - To nie jest wykluczone. W każdym razie, jeżeli ktoś od nich tam był, nie sądzę, że miał dobre zamiary. - Patrzy uważnie w jej ciemne oczy, po to, by potknąć się o własne nogi i niemal upaść. Merlinie, jaki wstyd! Ale jego twarz rozjaśnia się, kiedy dziewczyna tylko chichocze. - Więc, ee... Istnieje wyjątek dekretu. Paragraf C, punkt siódmy. Mówi o zwolnieniu czarodzieja z odpowiedzialności, jeśli zaklęcie użyte było w samoobronie. A przecież Collie i Syriusz właśnie to robili. Bronili siebie i innych. 

          Dziewczyna niespodziewanie staje na palcach i całuje go w policzek, uśmiechając się przy tym szeroko. Wygląda na taką szczęśliwą i pełną życia. Frank otwiera szeroko oczy, nie do końca rozumiejąc to, co się właśnie stało.

          - Musimy iść do Dumbledore'a! Frank, jesteś wspaniały!

          Kiedy Alicja zaczyna biec, a potem skręca w lewo, Longbottom nadal stoi w tym samym miejscu, trzymając dłoń na policzku, gdzie moment wcześniej znajdowały się usta Gryfonki. Jego serce bije jak oszalałe, a on sam ma wrażenie, że zaraz zacznie latać. Bez użycia miotły.

          - O, Merlinie.

*****
          
          Aby dostać się do Ministerstwa Magii, Colleen i Syriusz razem z Albusem Dumbledorem musieli udać się do mugolskiej części Londynu. Po długich namowach dyrektor zgodził się na towarzystwo Jamesa Pottera i Alicji Springs, którzy uparcie powtarzali, że wybiorą się za nimi, nawet, jeśli będą mieli złamać kilka bardzo istotnych zakazów obowiązujących w Hogwarcie. Czwórka Gryfonów podążała teraz posłusznie za starcem, który przyciągał wzrok przechodzących obok ludzi.

          - Co to, na Godryka, jest?! - piszczy Potter, kiedy przechodzą pod sklepem ze sprzętem elektronicznym. 

          Alicja wybucha śmiechem, widząc przerażone miny trójki przyjaciół. Wygląda na to, że telewizory przerażają ich bardziej, niż sam Lord Voldemort.

          - To karton - odpowiada inteligentnie Colleen. - Nie widać?

          - Nie chcę cię martwić, Coll, ale kartony nie mają na sobie ruszających się obrazków - wtrąca Syriusz, podchodząc bliżej szyby. - Chcę to. Kupimy to sobie do dormitorium, Rogacz? Proszę cię, bardzo, bardzo proszę!

          Springs ociera łzy rozbawienia - zdążyła zapomnieć, jak zabawni i głupi są James i Syriusz - a potem rozgląda się. O, Merlinie.

         - Zgubiliśmy Dumbledore'a.

          Zdaje się, że ona jedyna się tym przejmuje. Avis, Potter i Black nadal stoją przed wystawą, z każdej strony oglądając telewizory i komputery. I o ile wygląda to komicznie, Alicja nie może się teraz z tego śmiać. Są w Londynie, nie widzą, dokąd iść, a Albus Dumbledore postanowił zniknąć!

          - Halo! Skupcie się! - krzyczy w ich kierunku, a kiedy cała trójka patrzy w końcu na nią, uśmiecha się sama do siebie. - Powtórzę raz jeszcze: zgubiliśmy Dumbledore'a. 

          - To super! Łapa i Collie nie dotrą na przesłuchanie, ponieważ zaginęliśmy, więc możemy teraz wejść do tego sklepu i obejrzeć dokładniej kartony...

          - To nie są kartony, James - przerywa mu szatynka, wywracając oczami.

          - Jasne, jasne - mówi chłopak, targając swoje włosy. - Jak już mówiłem, wejdziemy tam i obejrzymy kartony, a potem kupimy jakiś i...

          - James, to nie kartony! - powtarza ze zirytowaniem.

          Colleen i Syriusz wybuchają śmiechem, najwyraźniej uważając ich wymianę zdań za komiczną, a potem łapią się pod ramię i ruszają w kierunku odwrotnym, niż ten, w którym zmierzali poprzednio. Alicja marszczy brwi.

          - A wy dokąd?

          - Sama mówiłaś, że zgubiliśmy Dumbledore'a - odpowiada Collie, odwracając się w jej kierunku. - Chyba trzeba go znaleźć, tak?

          Springs wyklina się w myślach za to, że zdecydowała się towarzyszyć tym kretynom. Ba, ona walczyła z samym dyrektorem i profesor McGonagall o to, by tu być! Merlinie, ile by oddała, by wrócić do Hogwartu i zamknąć się gdzieś, gdzie ta trójka nigdy nie wejdzie. Ma ich dość. 

          - W tamtą stronę - mruczy, powstrzymując się od uderzenia czołem o mur budynku, przy którym stoją.

          Syriusz i Collie przybierają dziwne miny, ale po chwili maskują je, a ich twarze rozjaśnia uśmiech.

          - Przecież wiedzieliśmy. Tylko cię sprawdzaliśmy, Springs - mówi Łapa beztrosko, a potem ponownie łapie Colleen i rusza, tym razem w odpowiednim kierunku.

          W głębi duszy ani Avis, ani Black nie są tak radośni, jak się wydaje. Collie robi wszystko, by nie wybuchnąć płaczem - i to nie tak, że panikuje i tchórzy. Ona jest zwyczajnie wściekła, na tyle, że gdyby przyszło jej teraz stanąć do walki ze Śmierciożercą, powaliłaby go jednym ruchem różdżki. Jedyne, co w pewnym stopniu pociesza ją i daje jej nadzieję, że może nie będzie tragicznie, to słowa Alicji. Springs powiedziała jej o wyjątku w dekrecie, jakim jest użycie magii w samoobronie. A przecież ona i Syriusz bronili nie tylko innych, ale i siebie. To niedorzeczne, że za to byli wzywani na przesłuchanie.

          Cała czwórka czuje ulgę, kiedy za zakrętem znajdują profesora Dumbledore'a. Mężczyzna stoi przy czerwonej budce telefonicznej, posyłając im radosny uśmiech. 

          - A już myślałem, że zwialiście, żeby tylko nie pojawić się na przesłuchaniu.

          - Nie ma takiej opcji - odpowiada Syriusz. - Idziemy pokazać im, jakimi są głąbami.

          Dumbledore tłumaczy im szybko, jak dostaną się do ministerstwa, a potem wchodzi do środka budki, patrząc na nich wyczekująco. Colleen i Alicja wciskają się do środka zaraz za nim, a James i Syriusz posyłają sobie niepewne spojrzenie.

          - No, chłopcy, wchodźcie. Mamy mało czasu.

          Pięć osób w ciasnej budce telefonicznej nie jest przyjemnym uczuciem. Dumbledore z niemałym trudem łapie telefon i na jego tarczy wystukuje jakiś numer. Nie mija sekunda, a budka spada gwałtownie w dół. Pisk wyrywa się z gardła Pottera, który - nie wiedzieć w jaki sposób, biorąc pod uwagę to, jak ciasno jest w środku - wskakuje na Syriusza i obejmuje go nogami w pasie.

          - Spokojnie, Rogaś, Lilka się o niczym nie dowie. - Colleen klepie go po ramieniu, nim wychodzi z windy, by znaleźć się w holu Ministerstwa Magii.

          Collie rozgląda się z lekkim zachwytem dookoła; ściany i podłogi są wypolerowane, o czarnym odcieniu. Dookoła dostrzega kominki Sieci Fiuu - zna je doskonale, taki sam znajduje się w salonie w jej domu. Avis robi pierwsze kilka kroków i kiedy patrzy w lewo, w oczy rzuca się jej Fontanna Magicznego Braterstwa. Patrzy na nią z zaciekawieniem, kiedy nagle jakaś dłoń dotyka jej ramienia. 

          - Colleen.

          Odwraca się po to, by zobaczyć przed sobą swojego ojca.

          Ted Avis jest wysokim, postawnym czarodziejem o jasnych włosach i ciemnych oczach, zupełnie niepodobnych do tych należących do Collie. Ubrany w szatę aurorską, patrzy na nią, dysząc ciężko, zupełnie, jakby przebiegł kawał drogi. Nim Colleen reaguje, mężczyzna łapie ją w swoje ramiona i przytula mocno.

          Jej tata tu jest. Stoi z nią, trzyma ją w objęciach. 

          Jej tata.

          To, co czuje dziewczyna, jest nie do opisania. Kotłujące się w jej głowie myśli zaznają ukojenia, jej dłonie przestają drżeć, a oddech staje się regularny. Bicie serca Avis uspokaja się z chwilą, kiedy wtula twarz w ramię ojca. I pierwszy raz od wielu lat czuje się kochana. Pierwszy raz wierzy, że nie została całkiem sama, że nadal jest ktoś, komu na niej zależy, nadal jest ktoś, dla kogo jest najważniejsza. Tyle lat uważała, że nie ma ojca. Tyle lat wierzyła, że ona i Jolene są zupełnie same. Ale jej tata tutaj jest. Pojawił się w ministerstwie i pomoże jej wydostać się z sytuacji, w jaką się wpakowała. 

          - Tato - szepcze dziewczyna, ledwie powstrzymując łzy. - Tato, daję słowo, nie chciałam źle, ja tylko...

          - Cicho - odpowiada Ted, gładząc jej włosy. - Poradzimy sobie.

          Poradzimy.

          Razem.

          Kiedy po jakimś czasie odsuwa się od ojca, dostrzega stojącego przy Jamesie i Syriuszu Charlusa Pottera. Trzyma dłonie na ramionach obu chłopców i patrzy pocieszająco na Blacka, a ona musi przyznać, że rozczula ją ten widok. Charlus naprawdę widzi w Syriuszu drugiego syna. I nie zostawił go.

          - Chodźmy już. Czas na przesłuchanie       

 *****

          Lily spaceruje po Pokoju Wspólnym z założonymi ramionami, wbijając wzrok w okno. Wielkie krople deszczu uderzają rytmicznie w szybę, po to, by chwilę później spłynąć po niej, zostawiając za sobą mokrą ścieżkę. Evans wpatruje się w nie uparcie, zaciskając zęby. 

          Jest wściekła, ponieważ nie zdecydowała się wybrać do Ministerstwa Magii razem z Collie. Nie udała się razem z nią do Londynu. Nie ma jej teraz przy niej, by ją wesprzeć. Zaciska pięść. Co z niej za przyjaciółka? Dlaczego głupie spotkanie w Klubie Ślimaka miało być ważniejsze, niż ColleenJak mogła być taka samolubna? Lily nie potrafi powiedzieć na napływające do jej głowy pytania. Usilnie unika wzroku Dorcas i Remusa, którzy siedzą na kanapie, przyglądając jej się z pewnego rodzaju współczuciem. A ona nie chce wspólczucia. To ostatnie, czego potrzebuje. Chce, żeby na nią krzyknęli. Chce, żeby wypomnieli jej, jaką egoistką się stała. Z całego serca pragnie, by nazwali ją złą osobą.

          Ale to się nie dzieje, więc Evans zagryza wargę niemal do krwi.

          - Lily, nie możesz się tym tak przejmować. - Remus przemawia chyba po raz setny, przyglądając się jej sylwetce. - Mówiłem ci, wszystko skończy się dobrze i jeszcze będziemy się z tego śmiać, obiecuję. Ale usiądź, uspokój się i nie panikuj, to w niczym nie pomoże.

          - Nie chodzi o to, Remusie - odpowiada drżącym głosem. - Powinnam tam być, razem z nią. Nie miałam prawa jej tak zostawić...

          - Colleen jest dużą dziewczynką, poradzi sobie doskonale, zwłaszcza, że ma przy sobie Dumbledore'a. Wiesz, że nie pozwoli, by coś poszło nie po jego myśli, a gwarantuję, że jedyne, czego teraz pragnie, to uniewinnienie jej i Łapy - wtrąca Frank. Chłopak nie może patrzyć na stan panny Evans. Nie rozumie, dlaczego dręczą ją takie wyrzuty sumienia. Przecież Collie nie jest tam sama - ma Jamesa, Alicję i Syriusza. - Lily, Lunatyk ma rację. Twoje panikowanie nic nie zdziała.

          Dorcas przygląda się im w milczeniu, w myślach wyklinając ministerstwo. Wie, że nie jest w stanie pomóc. Nawet jej ojciec nic nie może zdziałać, mimo, że jest pracownikiem. Głupi Harold Michum. Zwykły tchórz, zbyt przerażony tym, co dzieje się dookoła, by zająć się pożytecznymi sprawami, takimi jak łapanie Śmierciożerców. Woli skupić się na broniących się nastolatkach. To niedorzeczne.

          - I co? Będziemy tak siedzieć, czekać na koniec? Możliwe, że po to, by dowiedzieć się, że wcale tutaj nie wrócą? - pyta gorzko Evans, odgarniając rude włosy z twarzy, ciągnąc ich końce. - Nie mogę tak, Merlinie, nie mogę...

          Meadowes podnosi głowę; serce jej się kraja na widok przyjaciółki w takim stanie. Ale to nie czas na słowa pocieszenia, nie czas na łzy i panikę. Wstaje więc gwałtownie i szybkim krokiem podchodzi do Gryfonki. Kiedy stoi przed nią, widzi w jej oczach szczery strach o to, co przyniosą kolejne godziny. I jedyne, co może zrobić, to objęcie jej mocno i wtulenie twarzy w jej ramię. Bo teraz, zwłaszcza teraz, nie mają prawa się od siebie oddalić. Dziś, kiedy każde z nich może zginąć, powinni żyć tak, jak to się zaczęło. Razem.