13 listopada 2016

Rozdział 16: Boże Narodzenie cz. 1

*****

          Święta w domu Potterów znacznie różnią się od tych, jakie miał nieszczęście przeżyć w rodzinnym domu. Wszystko jest takie ciepłe i naturalne, zupełnie inne, niż na Grimmauld Place 12. Wracając wspomnieniami do kilku lat wstecz, kiedy Boże Narodzenie musiał spędzać właśnie tam, krzywi się. Nie należało to do przyjemnych przeżyć. Szczerze nienawidził momentów, w których cała pieprzona arystokratyczna rodzinka schodziła się w jednym budynku, by urządzać wielkie bale, pić do nieprzytomności i głosić swoje cudowne poglądy na temat szlam i brudnej krwi. Tak wyglądała jego codzienność w domu Blacków. Tak wyglądało jego życie. I to zabawne, jak jedno wydarzenie potrafi zmienić przyszłość człowieka. 

          Nie wie, co by się z nim działo, gdyby pierwszego września tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego roku Tiara Przydziału postanowiłaby przydzielić go do Slytherinu, tam, gdzie trafiła większość jego rodziny. Nie ma pewności, że nie złamałby się i nie pozwolił wpoić Walburdze zasad, jakimi kierowali się ci czystej krwi, ci lepsi. Nie wie, kim byłby dzisiaj. Nie wie, czy nie byłby jednym z tych, którzy stoją za Lordem Voldemortem. Syriusz uśmiecha się gorzko; nie wie, czy nie zabijałby z zimną krwią, patrząc w oczy ofiary i nie czując nic, poza triumfem. 

          Brzydzi się rodziny, w której od zawsze był czarną, a może raczej białą owcą. Brzydzi się ludzi, którzy tak usilnie starali się sprawić, by stał się taki, jak sobie wymarzyli - dostojny, posłuszny i pełen nienawiści do wszystkiego, co gorsze. Brzydzi się ich od momentu, kiedy w ich posiadłości wystawiono pierwszy bal, na którym pojawiły się dziesiątki rodzin czystej krwi. Brzydzi się ich od chwili, kiedy przypadkiem wszedł do bawialni, by zobaczyć ojca i jego kumpli torturujących kobietę. Szlamę. Nigdy nie zapomni tego widoku. To był pierwszy raz, kiedy miał okazję przekonać się, jak silna jest nienawiść tych, wśród których się wychował do tych, którzy tego szczęścia nie mieli. Nienawidzi siebie za to, że niezależnie jak bardzo się stara, pewne cechy Blacków zostają w nim, mimo jego własnej woli.

          ,,Pamiętaj, Syriuszu, nie ma na tym świecie lepszych, niż my. Jesteśmy potęgą. Jesteśmy tymi, przed którymi inni powinni czuć lęk. My, czarodzieje czystej krwi, nie mamy prawa mieszać się ze szlamami. To wbrew naszej naturze, to zdrada wobec naszych przodków".

          ,,Któregoś dnia to wszystko zrozumiesz, synu. Któregoś dnia spojrzysz na szlamy moimi oczami i będziesz wiedział, co należy zrobić. Zabić".

          Minęły lata, a on nie zrozumiał. Nie potrafił pojąć słów człowieka, który dał mu życie. Nie potrafił pojąć jego poglądów na świat. Nie chciał.
 
          Och, jakże to cudownie, że jego rodzina w końcu znalazła kogoś, kto był tak samo chory na punkcie mugolaków, jak oni sami. Znaleźli kogoś, kto był zdeterminowany do wybicia gorszej rasy. A Syriuszowi pozostaje tylko wstyd za każdym razem, kiedy przedstawia się komuś i wypowiada swoje nazwisko. Widzi strach i niechęć w oczach, widzi przerażenie i obrzydzenie. I wie, że jego czyny nic nie zmienią, ponieważ jest Blackiem. Nazwisko z góry określiło jego życie, a on nie miał prawa nic z tym zrobić. I nawet teraz, kiedy jego imię na drzewie genealogicznym zostało już dawno wypalone, w oczach ludzi on nadal jest jednym z nich. Zwłaszcza teraz, zwłaszcza dziś, kiedy ludzie umierają

          I może Syriusz czuje lekki żal, ukłucie gdzieś w środku, bo wie, że nie decyduje o swoim własnym losie. 

          Niezależnie od tego, po której stronie stoi, i tak zostanie osądzony.

          - Syriuszu, wstawaj.

         Niemal spada z łóżka, kiedy słyszy głos dochodzący zza jego pleców. Marszczy brwi, odgarnia przydługie włosy i mechanicznie odwraca się, po to tylko, by zobaczyć stojącą w progu Alicję, która patrzy na niego z uniesionymi brwiami

          - Przepraszam, że cię budzę - mruczy dziewczyna, odgarniając kosmyk włosów za ucho - ale Dorea potrzebuje cię na dole. Zdaje się, że spaliła indyka i potrzebuje nowych składników, więc ty i James macie iść do sklepu, o tu, za rogiem. Wiadomo, nie wysłałaby was daleko, to niebezpieczne opuszczać dom o tej go...

          - Zrozumiałem, Springs - przerywa jej, wiedząc, że szatynka zaraz wygłosi mu wykład na temat bezpieczeństwa w świecie czarodziejów. - Już schodzę.


         Dziewczyna rumieni się nieznacznie i kiwa głową, a potem wycofuje się. Chwilę później Black słyszy jej ciche kroki, kiedy odchodzi korytarzem. 

          Krzywi się niemiłosiernie, kiedy po kilku sekundach uświadamia sobie, że naprawdę musi zwlec się z łóżka i wstać. Ostatnimi czasy wstaje równie wcześnie, co James, przez co wieczorami, kiedy tylko wchodzi na moment do sypialni, automatycznie rzuca się na łóżko. Potter od wielu tygodni budzi wczesnym rankiem, kiedy ledwo świta; zrywa się na równe nogi, zupełnie, jakby czekał z ulgą na moment, kiedy pierwsze promienie słońca zawitają w pokoju. Zupełnie, jakby sen był najgorszym, co go spotyka. I chociaż Rogacz jest pewien, że nikt nie widzi, nie ma racji. Bo Syriusz otwiera oczy za każdym razem, kiedy Potter wstaje. Obserwuje, jak siedzi na swoim łóżku, chowając twarz w dłoniach. I czasem Syriusz chce wiedzieć, jaka walka toczy się w głowie jego przyjaciela. Chce wiedzieć, ale nie pyta. Wie, że kiedy nadejdzie czas, James powie mu o wszystkim.

          - Wiesz, Łapo, to mnie całkiem bawi - powiedział któregoś dnia, kiedy siedzieli na błoniach, zaraz po tym, jak zerwali się z Zielarstwa - całe to zamieszanie wokół Lorda Voldemorta. To niedorzeczne, wiem, ale momentami mam ochotę wybuchnąć śmiechem. Bo widzisz, mam wrażenie, że to ostatnie, co nam właściwie zostało. Korzystanie z życia, śmianie się z rzeczy, które wbijają nam nóż w plecy. Nie wiem, czy walka coś da. Nie wiem, czy damy radę. Ale jeśli Voldemort chce walki, ja będę walczył. I wiem, że staniesz wtedy do bitwy razem ze mną. Jesteś dla mnie bratem, Syriuszu. I chociaż mogę cię stracić, albo któregoś dnia sam odejść, pamiętaj, że tak naprawdę zawsze będziemy przy sobie. 

         Syriusz powstrzymał wtedy nikłą chęć rzucenia czegoś o ckliwej, wzruszającej przemowie, ale ugryzł się w język. I pamięta, że kolejną godzinę spędzili w milczeniu, które jako jedyne zdawało się pasować do sytuacji. A potem się śmiali. 

          Bo, tak jak powiedział Rogacz, to jedno z ostatnich rzeczy, jakie im zostały.

          - No w końcu! - wita go Dorea, kiedy staje przed nią w salonie. - Tu masz listę zakupów, a tam pieniądze. Colleen czeka na zewnątrz.

          - Colleen? - pyta, unosząc brew. - Myślałem, że to James ze mną pójdzie.

          Dorea uśmiecha się delikatnie, najwyraźniej dostrzegając zmartwienie w jego oczach - bo tak, boi się o jedyną dziewczynę, która ma większe znaczenie w jego życiu. I może to głupie, ponieważ jedyne, co mają do zrobienia, to wyjście do głupiego sklepu, ale nie potrafi powstrzymać mrocznych myśli wdzierających się do jego umysłu. 

          - Jest jeszcze jasno, poradzicie sobie.


          Mimowolnie kiwa głową. Prawda jest taka, że wcale nie jest pewien racji słów pani Potter. Nie wie, czy dwójka nastolatków poradziłaby sobie w walce. Nie mają nawet szansy ćwiczyć. Nie mają możliwości poznania zaklęć, które mogłyby uratować im życie, gdyby nadarzył się taki wypadek. Prycha pod nosem. Obrona przed Czarną Magią w Hogwarcie? Jedyne, czego się tam uczą, to teoria. I to dość zabawne, ponieważ wykucie na pamięć podręcznika nie pomogło Tessie Flint, Augustowi Marc czy Penelopie Brook w walce. Nie pomogło im przeżyć. 

          Wychodzi na zewnątrz i dostrzega drobną sylwetkę Avis, która opiera się o latarnię przed domem Potterów. Wbrew słowom Dorei, nie jest tak jasno, ale Syriusz wzrusza ramionami. To tylko zwykłe zakupy, tak?

          - Dobry wieczór, Śpiąca Królewno - wita go dziewczyna, a jej bladą twarz rozjaśnia delikatny uśmiech. 

          - Gotowa? - odpowiada, by zobaczyć błysk w jej szarych oczach. 

          Zna go. Widzi go każdego dnia, kiedy patrzy w lustro i nazywa samego siebie tchórzem. To strach.

          - Miejmy to z głowy.

          Wystawia w jej kierunku swoje ramię, a ona ujmuje je, podchodząc tak blisko, jak może i sekundę później ruszają rozjaśnioną światłem latarni uliczką. Śnieg opada na ich ramiona, a wiatr rozwiewa włosy. Okolica jest cicha, ale da się do tego przywyknąć. To właściwie zrozumiałe. Nikt nie wychodzi z domu po zmroku. A przynajmniej nie ten, kto chce jeszcze trochę pożyć.

          - Właściwie, ta cisza mi się całkiem podoba. Chociaż żałuję, że nie ma tu nikogo, kto zechciałby podziwiać z zachwytem moje włosy. Zauważyłaś, jak pięknie się dziś ułożyły? Możesz pomacać, jeśli zechcesz...

          - Marzę o tym od dawna, Łapo, czekałam, aż to zaproponujesz - mówi sarkastycznie Colleen, a potem wybucha krótkim śmiechem.

          - Tak, wiem, wiem. Myślisz, że Evans nie wspominała mi o tym, jak w nocy krzyczysz moje imię? - kontynuuje Syriusz, szczerząc się jak głupi. Bo taki jest Huncwot. Zrobi wszystko, by zapomnieć o troskach. - Och, Coll, czasem zastanawiam się, co takiego dzieje się w twoich snach.

          Dziewczyna chichocze i uderza go delikatnie w ramię.

          - Cóż, z chęcią ci to pokażę, Łapciu, kiedy tylko zostaniemy sami.

          - Teraz jesteśmy sami.

          Przystaje. Nie do końca wie, dlaczego. Po prostu to robi. I patrzy na nią, nie mogąc oderwać wzroku. Wygląda uroczo. Ma czerwony z zimna nos, jej oczy błyszczą, a lewy kącik ust unosi się. W ciemne włosy wplątały się płatki śniegu, a kilka kosmyków opada na jej twarz i Łapa nie może powstrzymać się od wyciągnięcia dłoni, by odgarnąć je za ucho dziewczyny

          Nie panuje nad swoim ciałem. Nie potrafi, a może nawet nie chce powstrzymać swoich ramion, które nagle przyciągają Colleen do siebie tak blisko, jak tylko się da. Ich przyspieszone oddechy mieszają się, przecinając mroźne powietrze. Syriusz nie czuje wiatru i śniegu padającego prosto na ich twarze. Nie czuje chłodu ani mokrych stóp, do których woda dostała się przez dziurę w bucie. I nie protestuje, kiedy niewidzialna siła nakazuje mu nachylić się nad nią tak, że ich twarze dzielą centymetry. Coś sprawia, że chce, by ich usta się złączyły. Nie potrafi nazwać tego uczucia. Zdaje się, że do niego nie dojrzał. Dostał coś, na co nie był gotów. Ale nie może się oprzeć, nie może walczyć z czymś, co rozpiera jego klatkę piersiową. Jest tak blisko.

          A potem słyszy rozpaczliwy krzyk dochodzący zza niego. Gdy się odwraca, dostrzega kilkanaście ubranych na czarno postaci. I już wie, kto to. Jest za późno na ucieczkę.

*****

         Świąteczny stół w domu Evansów jest zastawiony wszelkimi potrawami, które poprzedniego dnia Lily przygotowała razem z mamą. Są tylko we trójkę i Gryfonka nie może być bardziej szczęśliwa z tego powodu. To pierwszy raz od kilku lat, kiedy Boże Narodzenie obędzie się bez płaczu z powodu przykrych komentarzy Petunii.

          Ale kiedy siedzi przy stole, nie potrafi się uśmiechnąć. Ma złe przeczucie. Nie ma pojęcia, czym jest spowodowane, ale wie jedno - stało się coś złego. Nerwowo stuka paznokciami w drewniany mebel, nie patrząc nawet w stronę jedzenia, które jeszcze niedawno rozpaczliwie pragnęła pochłonąć. 


          - Jedz, Lily - mówi jej ojciec, a w jego oczach błyska niepokój.

         Kręci głową. Nawet nie zauważyła, kiedy jej ręce zaczęły się trząść. Zaciska pięć i bierze głębokie wdechy. 

          - Lily?

          Ignoruje troskliwe spojrzenia rodziców i gwałtownie wstaje od stołu, by wybiec z jadalni. Jej serce bije mocniej, niż zwykle, a ona sama czuje się, jakby otrzymała porządny cios jakimś wyjątkowo obrzydliwym zaklęciem. I nie może złapać oddechu.

          Coś jest nie tak. Coś jest nie tak. 

*****

          - Długo nie wracają - mówi głucho Alicja.

          Siedzi w salonie, razem z Potterami i Jolene. 

          Pierwszy raz odczuwa prawdziwy strach. Pierwszy raz ma okazję poczuć jego gorzki smak, zatracić się w nim. Minęło pół godziny, od kiedy Colleen i Syriusz wyszli. Sklep jest przecież niedaleko. 

         Coś jest nie tak.

         - Spokojnie, Ala - rzuca James - wszystko jest w porządku. Zaraz wrócą.

         Jego głos jest tak niepewny, że Springs drży. Patrzy na niego ze zmarszczonymi brwiami. Widzi jego orzechowe oczy, w których czai się każda niewypowiedziana przez niego słabość. Widzi oznaki tego, że od dłuższego czasu jego sen jest koszmarem. Wie, przez co przechodzi. Każdego pojedynczego dnia widzi to samo u Lily. I potrzebuje tylko sekundy by zrozumieć, że nawet najbardziej gryfońska osoba, jaką zna, jest słaba. Nawet James Potter potrzebuje słów otuchy, zapewnienia, że wszystko będzie dobrze. Bo do tej pory tylko on zawzięcie powtarzał te słowa. Ale nie wierzył w nie


          Alicja nie może patrzeć na takiego Jamesa. Nie może dopuścić do siebie świadomości, że nawet on poległ w walce. Nie toczyła się ona na polu bitwy. Nie było dobra i zła. Był tylko on sam, walczący z własnymi lękami. I przegrał.

          Mija sekunda, nim dziewczyna zrywa się z miejsca, po to tylko, by wpaść w jego ramiona. Nigdy nie była specjalnie blisko z Potterem. Szanowała go, dostrzegała w nim dobre cechy i darzyła go sympatią. Zawsze kojarzył jej się z Gryffindorem, zupełnie, jakby James reprezentował każdą cechę tego domu. A teraz, przytulając go i słysząc szloch, nie potrafi przestać się obwiniać. Przecież zawsze była tą, która dostrzega więcej, niż pozostali. Zawsze potrafiła przejrzeć człowieka, dostrzec w nim coś, czego inni nie potrafią. 

          - Będzie dobrze - szepcze do jego ucha.

*****

          Nie wie, kiedy stanęła na polu bitwy. Nie pamięta momentu, w którym każda z jej najgorszych obaw spełniła się. Nie potrafi powiedzieć, kiedy wyjęła różdżkę i zaczęła rzucać zaklęciami. Broniła siebie i Syriusza. Broniła wszystkich, którzy sami nie byli w stanie tego zrobić.


          Jak za mgłą dostrzega zielone płomienie trafiające raz po razie w kolejnego niewinnego człowieka. Widzi martwe ciała padające na posadzkę zaraz u jej boku. To pierwszy raz, kiedy widzi czyjąś śmierć. Tu, na żywo, wszystko wygląda inaczej, niż w głupiej gazecie. Krew ma mocniejszą barwę, a zieleń płomieni jest żywsza. Tutaj wszystko dzieje się naprawdę. 

          - Expelliarmus! - krzyczy, a moment później w jej dłoni ląduje różdżka jednego z zamaskowanych mężczyzn. Natychmiast odrzuca ją gdzieś za siebie, kątem oka patrząc na Syriusza. - Drętwota!

          - Colleen, padnij! 

          Ledwo uchyla się przed lecącym w jej kierunku uśmiercającym zaklęciem i słyszy pełen wściekłości krzyk Łapy, który rzuca na atakującego ją Śmierciożercę zaklęcie rozbrajające. 

          Rozgląda się dookoła i wszędzie widzi straty. Dostrzega rozbite szyby sklepów, odłamki szkła z okien kilku pobliskich domów. Widzi krew, leżące bezwładnie ciała osób, które znała lub kojarzyła. Widzi to wszystko i chęć ucieczki wraca. Wyobraża sobie, że mogłoby jej tu nie być. Mogłaby udać się daleko stąd, zabrać ze sobą siostrę i przyjaciół. Mogliby być bezpieczni i szczęśliwi. A tymczasem jest tutaj, razem z Syriuszem. I walczy. Nie tchórzy. Nie zrobiła tego, czego najbardziej się obawiała - nie uciekła, zostawiając Blacka samego.

          Bo jeśli to ma być ich pierwsza z wielu bitw, to przeżyją ją. Razem.

          - Bombarda Maxima! - rzuca. Mury jednego ze starych, zniszczonych budynków opadają bezlitośnie na kilku stojących pod nim Śmierciożerców.

          - Crucio - syczy ktoś zaraz przy jej uchu.

          Nie wie nawet, kiedy pada na kolana. Jedyne co czuje, to przeszywający ją ból. Odczuwa go w każdej komórce swojego ciała. Zapomina, co tutaj robi, dlaczego rzuciła się w wir walki. Zapomina o tym, że jest Gryfonką i chce pomagać innym, chce ich bronić. Zapomina o tym, że powinna walczyć. Nie potrafi myśleć trzeźwo. 


          Myśli więc o Syriuszu. Myśli o tym, że niezależnie, co tu się stanie - są w tym razem. Tak, jak zaczęli.


          Droga do Wielkiej Sali nie jest tak prosta, jak się spodziewała i ma spory problem z trafieniem tam. Nie pyta nikogo o pomoc, ponieważ wie, że poradzi sobie sama. Przecież ma jedenaście lat, jest już duża. 

          - Coreen! Coreen, czekaj!

          Dziewczyna zmierza dalej przed siebie. Ten korytarz już widziała, ten też... O, chyba rozpoznaje ten obraz! To musi być dobra droga!

          - Coreen!

          Marszczy brwi. Jest tu przecież sama. Kogo więc woła natrętny głos? 

          Zwalnia tylko po to, by się odwrócić. Jakie jest jej zdziwienie, kiedy nim zdąży zareagować, ląduje na zimnej, twardej posadzce, stratowana przez chłopaka, którego poznała wczoraj podczas kolacji, zaraz po Ceremonii Przydziału.

          Syriusz Black.

          - Ała! - piszczy jedenastolatka, kiedy jej ciało zderza się z kamieniem. - Ty kretynie!

          - Tak właściwie, nazywam się Syriusz - odpowiada chłopak, chichocząc.

          Czy on się z niej śmieje? O, Merlinie, niech no tylko wstanie i wyjmie różdżkę...

          - Tak właściwie, to żadna różnica - rzuca zgryźliwie.

          Chłopak nawet nie sili się na to, by pomóc jej wstać. A przecież to przez niego tutaj leży! Colleen mamrocze kilka obraźliwych słów pod nosem, a potem podnosi się z jękiem. Wszystko ją boli. Posyła więc mordercze spojrzenie ciemnowłosemu chłopakowi. Jaka jest jej złość, kiedy na to jego uśmiech poszerza się jeszcze bardziej. 

          - Kretyn.

          - Kretynka - mówi Syriusz, na co ona wciąga mocno powietrze. - No co? Przecież cię wołałem. Gdybyś się tylko odwróciła wcześniej i na mnie poczekała, nie musiałbym cię przewrócić.

          No chyba sobie kpisz, Syriuszu Black.

          - Żartujesz? Przecież wcale mnie nie wołałeś, ty wredny...

          - Musisz mieć poważne problemy z słuchem, jeśli nie słyszałaś - przerywa jej brunet. - Krzyczałem bardzo wyraźnie, Coreen.

         Nie mija sekunda, nim dziewczyna wydaje z siebie zduszony okrzyk, a Syriusz orientuje się, że powiedział coś złego. Jest jednak za późno i jedyne, co mu zostaje, to ucieczka. Więc biegnie, a ona zaraz za nim, wykrzykując różne wymyślne przezwiska, jakich Black nigdy wcześniej nie słyszał. 

          I tak to się mniej więcej zaczęło.


          Na początku byli gorsi, niż Lily i James. Dokuczali sobie, warczeli na siebie i robili sobie nawzajem okropne dowcipy. Ale darzyli się sympatią, wszyscy dookoła doskonale o tym wiedzieli. Z czasem dorośli i zaczęli zachowywać się dojrzalej. No, przynajmniej się starali.


          - Uwaga, uwaga, drogie dziewczęta! Mam dla was ofertę nie do odrzucenia, licytację uważam za otwartą!

          Colleen stoi na stole w Pokoju Wspólnym Gryffindoru. Po jej lewej stronie siedzi Dorcas, szczerząca się dumnie, trzymająca przed sobą wielkie pudło. 

          - Ja i moja przyjaciółka mamy dla was coś, o czym z pewnością niejedna z was marzyła. O tak, wszystkie wiemy, że to prawda - mruga do nieokreślonej osoby; jest ich tu dziesiątki, a potem śmieje się krótko. - Dorcas, pokażmy im, co dla nich mamy.

          Jednym machnięciem różdżki Meadowes zdejmuje pokrywę z pudła, a drugim wyciąga z niej pierwszy przedmiot.

          - Oto, moje drogie, bokserki samego Syriusza Oriona Blacka III! To chyba jedyne, jakie ma, gwarantuję, że nie prane - dodaje i powstrzymuje grymas. To naprawdę jedyna bielizna, jaką znalazła w dormitorium Huncwotów dzisiejszego ranka. - Cena początkowa to pięć galeonów!

          Idealnie wczuwa się w rolę licytatora. Brakuje jej jedynie młoteczka, którym mogłaby stukać, ale obejdzie się bez tego. 

          Na jej twarz wpływa szatański uśmiech, kiedy dziura w portrecie otwiera się, a do środka wmaszerowują cieszący się Huncwoci. Cóż, cieszą się do czasu, kiedy zauważają zamieszanie wokół niej i Dorcas. Dopiero teraz zaczyna się zabawa.

           - Siedem galeonów, kto da więcej? - krzyczy, machając różdżką i tym samym obracając bokserki tak, by pokazać je swoim widzom z każdej strony. - Siedem galeonów po raz pierwszy...

          - Osiem galeonów! - krzyczy Remus, a ona niemal wybucha śmiechem.

          - Co, do cholery?!

          - Właśnie kupuję twoje bokserki, Łapo. Nie musisz dziękować, wiem, że to jedyne, jakie ci zostały.

          - Osiem galeonów po raz pierwszy! Osiem galeonów po raz drugi, trzeci... Sprzedane! Gratuluję panu Remusowi Lupinowi, kupił pan naprawdę świetny produkt. Oby używał go pan mądrze!

          Syriusz, który do tej pory przyglądał się całej sytuacji z szeroko otwartą buzią, teraz mruży niebezpiecznie oczy. Uderza w ramię Jamesa, który zaczyna już płakać ze śmiechu, a potem podchodzi bliżej, przebijając się przez tłum. Colleen szczerzy się wesoło, widząc jego zdenerwowanie.

          - Co ty wyprawiasz, Avis?!

          Posyła mu pełne niewinności spojrzenie, unosząc jedną brew.

          - Ja? Och, to nic takiego, Łapciu - odpowiada, machając niedbale dłonią. - Po prostu zarabiam na nową miotłę.



         - Crucio!

          Kolejna fala bólu. Colleen odczuwa go coraz słabiej i nie wie, czy to dlatego, że zaklęcie jest słabsze, czy może cierpienie jest tak silne, że coraz mniej do niej dociera.

          Uchyla ciężkie powieki. Jeśli to jej ostatnie chwile, jeśli ma umrzeć - musi zobaczyć Syriusza ostatni raz. Musi spojrzeć mu w oczy. Musi wiedzieć, że wybaczył jej wszystkie ostatnie chwile, podczas których go odtrąciła.

          I musi mu powiedzieć. Musi powiedzieć mu prawdę. Syriusz musi wiedzieć, że...

          - Nie! Expelliarmus!

          Musi wiedzieć....   

     

*****

        
Lily,

     nie musisz się zamartwiać. Jest dobrze. Będzie dobrze.

     Pan Potter znalazł Ich. Oboje byli nieprzytomni. Teraz są tutaj, w domu. O ile stan Syriusza jest dobry, Colleen nie miała tyle szczęścia. Ale jest tu jej matka i robi wszystko, co w Jej mocy, żeby Jej pomóc. Przecież nie pozwoli swojej córce umrze