12 grudnia 2016

Rozdział 19: Piekło

*****

          Wszystko dzieje się niesamowicie szybko, zupełnie, jakby czas zgrywał się z nich, przemykając między ich palcami. W jednej chwili stoją w ciemnym korytarzu, czekając na swoją kolej. W drugiej wywołują ich nazwiska i wchodzą na salę rozpraw, pchnięci przez stojącego za nimi ochroniarza - jak przestępcy. Przedstawia się im zarzuty, a Minister Magii oznajmia, co ich czeka, jeśli przegrają sprawę. Kiedy dopuszcza się ich do głosu, ich wyjaśnienia niewiele dają. W oczach ministerstwa tylko gówniarzami, nieświadomymi tego, co robią. Syriusz krzyczy coś w ich kierunku, wyklina na nich i gotowy jest wyjąć różdżkę i zaatakować. Colleen siedzi tylko, patrząc na to wszystko beznamiętnie, zupełnie, jakby była tam obecna tylko ciałem. W rzeczywistości całą swoją uwagę skupia na Ministrze Magii, dumnie siedzącym na najwyższym fotelu, patrzącym na nich z góry. Przygląda się jego sylwetce, jego twarzy, która nie wyraża nic, poza znudzeniem. A potem patrzy w jego zimne, puste oczy. A kiedy i on odwzajemnia jej spojrzenie, mierząc ją niewzruszonym wzrokiem, czuje się przegrana. Ma wrażenie, że lada moment zabiorą jej różdżkę, złamią na jej oczach, a potem powiedzą, że w świecie magii nie ma już dla niej miejsca. Widzi przed oczami Hogwart, twarze przyjaciół, miejsca, które kocha. Widzi to wszystko i czuje, że już nigdy tam nie wróci. Ból przeszywa jej ciało, ale nie płacze. Czuje tylko, jak jej serce rozrywa się na maleńkie kawałeczki. Ale później na salę rozpraw wchodzi Albus Dumbledore, zdeterminowany jak nikt inny. Mówi szybko, zaskakując nie tylko ministra, ale i wszystkich czarodziejów Wizengamotu. I o ile ich słowa nie miały żadnego znaczenia, słowa dyrektora Hogwartu najważniejszymi, jakie padają tego wieczoru. Siódmego stycznia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego siódmego roku Albus Dumbledore ratuje im życie. Robi coś, co jeszcze kilka chwil wcześniej zdawało się nieosiągalne. Broni ich. Wygrywają sprawę. Zostają uniewinnieni. Dopiero, kiedy Colleen przenosi swój wzrok na dyrektora, a on uśmiecha się do niej ciepło, łzy spływają po jasnych policzkach dziewczyny. Jest wolna. Może wrócić do domu, razem z Syriuszem. I kiedy już myśli, że wszystko potoczy się dobrze, że bezpiecznie wrócą do zamku i zapomną o tym, co się tutaj wydarzyło, zielone płomienie dostają się do wnętrza, a zaraz za nimi wparowują zamaskowane postacie. I już wie, że może stąd nigdy nie wyjść.

          To nawet śmieszne, że poplecznicy Czarnego Pana znaleźli się tam właśnie wtedy, kiedy oni tam byli. Colleen i Syriusz zdecydowanie nie mają szczęścia. Avis posyła Blackowi pełne żalu spojrzenie - mówi ono więcej, niż jakiekolwiek słowa byłby w stanie wyjaśnić. Syriusz łapie ją wtedy za rękę, ściskając ją na krótki moment. I patrzy w jej oczy, zupełnie, jakby chciał przekazać jej wszystko to, czego nie potrafi powiedzieć. A ona rozumie. 

          Potem widzi tylko błysk zaklęć. Słyszy krzyki przerażonych pracowników Ministerstwa Magii. Rzuca klątwy w kierunku Śmierciożerców, uchyla się, kiedy zielony płomień pędzi w jej kierunku. A potem biegnie do Alicji. Bo jeśli mają walczyć, to tylko razem.

          Twój ojciec czeka na siódmym piętrze. Idźcie! krzyczy Dumbledore, nie odwracając się w ich kierunku, rzucając zaklęcia z gracją, jakiej dziewczyna nigdy wcześniej nie widziała. 

          I przez krótki moment myśli, że chce być taka, jak dyrektor Hogwartu. Chce walczyć z taką lekkością, jak on. Chce mieć w sobie jego determinację, jego chęć do czynienia dobra. Nie potrafi oderwać od niego wzroku i nawet nie zauważa, kiedy dobiega do niej James, ciągnąc za sobą Syriusza. 

          Idźcie powtarza Potter, zaraz po tym rzucając Expelliarmus na jednego ze Śmierciożerców. Colleen, no już! Ja i Syriusz ich zatrzymamy!

          Nie potrafi się nawet sprzeciwić. Nie ma na to siły. Pozwala więc Springs wyciągnąć się z sali rozpraw, patrząc ostatni raz na Rogacza i Łapę. 

          Rusz się, Coll, musimy uciekać! Głos Alicji jest przepełniony rozpaczą i strachem. I brakuje w nim czegoś, co zawsze podnosiło Avis na duchu, co sprawiało, że wierzyła, że może być lepiej, że to wszystko może się skończyć. Nie ma w nim nadziei. 

          I chyba tak właśnie wygląda piekło. Zaczyna się tam, gdzie kończy się wiara w lepsze jutro.

*****

           Jest bardzo późno, kiedy do Hogwartu dociera patronus Albusa Dumbledore'a. 

          Gdy profesor McGonagall wpada do dormitorium dziewcząt z szóstego roku, dochodzi druga. Kobieta mówi szybko i chaotycznie, niewiele tłumacząc Lily i Dorcas. Ale jej niewyraźne słowa i zmartwiona mina wystarczą dwóm Gryfonkom, by wiedziały, że wydarzyło się coś złego. 

          Lily nie do końca rozumie wszystko to, co się dzieje. W Pokoju Wspólnym czekają na nie Remus i Peter. Zgodnie z poleceniem profesorki udają się do wyjścia z zamku, niemal biegnąc. Żadne z nich nie wie, co się stało. Są pewni jednego - przesłuchanie nie zakończyło się tak, jak chcieli. Łzy cisną się do oczu Evans, ale nie pozwala im płynąć. Nie ma na to czasu. 

          Poza murami zamku mogą teleportować się. Czekają więc na McGonagall, która pobiegła załatwić ważną sprawę. Evans ściska mocno dłoń Meadowes, zaciskając powieki. To tylko sen, to się nie dzieje naprawdę... 

          Ale się dzieje.

          Złapcie mnie wszyscy za rękę mówi krótko kobieta, kiedy przybiega do nich z zaciętą miną. Szybko.

          A potem świat wiruje. Lily trzyma kurczowo dłoń profesorki, najprawdopodobniej ściskając ją zbyt mocno, ale to teraz nie ma żadnego znaczenia. Liczy się tylko Colleen i Alicja. I Potter.

          Jest w szoku, kiedy lądują w szpitalu.

          Merlinie szepcze Dorcas. Co się stało?

          Minerwa patrzy na nią krótko, a w jej oczach Lily widzi tylko szczere współczucie. Przymyka oczy, modląc się, by nie usłyszeć tego, czego się obawia. Ale czasem modlitwy nie pomagają. Czasem nie ma nikogo, kto by nas wysłuchał. 

          Śmierciożercy zaatakowali Ministerstwo Magii. Pan Potter i pan Black są ciężko ranni.

*****

          Czasem czekanie jest najgorsze. Czas zżera człowieka od środka, nie pozostawiając nic, poza wahaniem. Każda chwila dłużąca się niemiłosiernie wzmaga cierpienie. I nie można zrobić nic, zupełnie nic, by to przyspieszyć. 

          Colleen siedzi przed salą, patrząc nieprzytomnie na białą ścianę. Siedząca obok Alicja trzyma mocno jej dłoń, nawet nie myśląc o tym, by ją puścić. Zupełnie, jakby ten uścisk był jedynym, co trzyma Avis przy zdrowych zmysłach. I może rzeczywiście tak jest, ale żadna z nich nie wypowiada tego na głos.

          Pamięta, że moment, kiedy dyrektor wyszedł z Ministerstwa, ciągnąc spoczywających na niewidzialnych noszach Jamesa i Syriusza, w ciągu zaledwie sekundy stał się najgorszą chwilà w jej życiu. Świadomość, że posłuchała Pottera i pozwoliła im walczyć samym, usuwając się bezpiecznie z sali rozpraw, okazała się jeszcze gorsza. Ból, jaki czuła, był niewyobrażalny. A osoby, które mogły odebrać jej cierpienie, były nieprzytomne. 

          Alicja posyła jej pełne zmartwienia spojrzenia, kiedy przynosi jedzenie, a Colleen po raz kolejny powtarza słabo, że nie jest głodna. Avis widzi bardzo wyraźnie niepokój w oczach przyjaciółki. I po raz pierwszy nie zapewnia jej, że wszystko jest w porządku. Nie powtarza gorączkowo, że wszystko się jakoś ułoży, że da sobie radę i jest silna. Tym razem jest inaczej. Patrzy w brązowe oczy Alicji i jedyne, na co ją stać, to wydostający się z jej gardła szloch. Sekundę później wpada w ramiona przyjaciółki. I to nie pomaga. Nie może pomóc, ponieważ w sali obok operują Jamesa Pottera, jej najlepszego przyjaciela, jej brata. Rogacz jest ważniejszy, niż ktokolwiek inny. Nie może go stracić. Nie przeżyje tego. 

          James jest silny. Wyjdzie z tego mówi Alicja, a w jej głowie brzmi taka pewność, że Colleen naprawdę chce jej uwierzyć i nawet prawie jej się to udaje. 

          Prawie

          Korytarz wypełniony jest głuchą ciszą, kiedy stoją na środku, trzymając się w objęciach. Springs przytula ją jak najmocniej potrafi, w obawie, że jeśli zelży uścisk, Colleen rozpadnie się na drobne kawałeczki. Może ma rację. 

          Nie wie, ile czasu mija, nim do Świętego Munga wpadają profesor McGonagall z Lily, Dorcas, Remusem i Peterem. Włosy Alicji przysłaniają jej widok, ale wyczuwa obecność Evans, kiedy ta podbiega do nich i obejmuje je obie mocno. Delikatna dłoń Lily głaszcze włosy Avis i dziewczyna przez moment myśli, że obecność rudej Gryfonki jej pomaga. Lily nosi w sobie wielką część Jamesa. Potter przecież już dawno oddał jej swoje serce. 

          Co się stało? pyta Dorcas, stojąc obok. Nie dołącza do ich uścisku, ale Collie może dostrzec łzy w jej oczach. I to wystarczy. Wszystko z wami w porządku?

          Jest dobrze odpowiada szybko Alicja. 

          Nie jest. 

          Colleen nie ma jednak siły zaprzeczyć na głos. Nie, kiedy po odsunięciu się od dwóch Gryfonek, napotyka przygnębiony wzrok Remusa Lupina. 

          Nie stać jej na słowa pocieszenia. Co miałaby powiedzieć? Przecież każde słowo o lepszym jutrze mogłoby okazać się kłamstwem. Jedyne, co robi, to położenie swojej drobnej dłoni na szczupłym, kościstym ramieniu Lunatyka. I w pewien sposób to wystarczy, bo kiedy patrzy w jego miodowe oczy, nie widzi wielkiego bólu. Widzi nadzieję. 

          Peter stoi obok Lupina, wpatrując się z niedowierzaniem w drzwi sali, w której znajduje się Syriusz. Obrażenia Blacka są znacznie mniejsze, niż te Rogacza, ale mimo wszystko również oberwał na tyle, by zostać zatrzymanym w Mungu. Uśmiech, jaki dziewczyna posyła w kierunku Pettigrewa jest sztuczny, ale zdaje się działać, ponieważ twarz chłopaka w odpowiedzi rozjaśnia się. 

          Spokojnie, Collie mówi Peter to przecież Łapa i Rogacz. Nie poddadzą się tak łatwo. Nie mieli jeszcze okazji skopać porządnie tyłków Śmierciożerców. 

          Dziewczyna mimowolnie chichocze, w duchu przyznając mu rację. Kiwa więc głową i opada z powrotem na siedzenie, które zajmowała przez kilka godzin. 

          Trzeba czekać. 

*****

          Dorea patrzy z żalem na twarz kobiety stojącej przed nią i jedyne, o czym potrafi myśleć, to pytanie kiełkujące w jej głowie od kilku dobrych lat. Co się stało z Amandą Avis, która była jej najlepszą przyjaciółką? Nie wie, ale jednego jest pewna - osoba, którą widzi, jest nieznajoma. Kompletnie nieznajoma.

          Pomyślałam, że chociaż mogę liczyć na to, że to ty zajmiesz się chłopcami. Wiesz, że nikomu nie ufam bardziej, niż tobie. 

          Mówiłam ci już, że mam zbyt napięty grafik. Ledwie zdołałam się tu pojawić, myślałam, że stało się coś ważnego, a tymczasem...

          Nie może powiedzieć, że jest w szoku, kiedy słyszy słowa blondynki. Nie powinna spodziewać się niczego więcej. 

          Nie jest też zdziwiona, kiedy jej własna, otwarta dłoń uderza z całą siłą w policzek Amandy. 

          To już nie jej przyjaciółka. To nie kobieta, którą poznała jeszcze w Hogwarcie. To nie ona.

          Kim ty właściwie jesteś? pyta gorzko, patrząc w jasne oczy blondynki. Ignoruje szok wypisany na jej twarzy i grymas, kiedy ta łapie się za czerwony policzek. Kim jesteś? Gdzie odeszła Amanda, którą poznałam trzydzieści lat temu? Gorąca łza toruje ścieżkę na jej twarzy, ale Dorea ignoruje ją. Kiedy stałaś się osobą, która w niczym nie przypomina mojej przyjaciółki? 

          Doreo, ja...

          Milcz przerywa jej. Teraz ja mówię, a ty wysłuchasz mnie do samego końca. Dość już mam przyglądania się w ciszy temu, co robisz. Nie będę się na to więcej godzić. 

          Amanda wygląda , jakby kompletnie nie rozumiała, o czym mówi pani Potter. Dorea ma ochotę wybuchnąć śmiechem albo płaczem - sama nie jest do końca pewna. Ona naprawdę zdaje się nie wiedzieć, o co chodzi. To żałosne. 

          Nienawidzę cię za to, jak traktujesz swoje córki, jak zostawiasz je zupełnie same, przerażone i zdane tylko na siebie. Nienawidzę, kiedy za każdym razem nie masz czasu wysłuchać Jolene czy odpisać na list Collie, naskrobać chociaż jedno zdanie. Twardo patrzy w oczy kobiety, która usiłuje unikać jej spojrzenia. Jak tchórz. Nienawidzę cię za to, że twoje dzieci widzą we mnie kogoś, kogo powinny dostrzegać w tobie. To ty jesteś ich matką. Twoim zadaniem jest je wychować, a tymczasem decydujesz, że są już na tyle samodzielne, by poradzić sobie ze wszystkim same. Ale one nie jeszcze dorosłe. Jo ma siedem lat! Jedyne, czego potrzebuje, to twoja miłość, ale jej nie dostaje! Wiedziałaś, że czasem zdarza jej się powiedzieć do mnie "mamo", kiedy czytam jej bajki przed snem? pyta z żalem. Wiedziałaś, że kiedy Colleen była młodsza, płakała na moim ramieniu wyznając, ze wolałaby, abym to ja ją urodziła? Czy ty w ogóle rozumiesz, jak rozpaczliwie Jolene pragnie twojej obecności w jej życiu? Wiesz, jak bardzo Colleen nienawidzi siebie za to, że nadal cię kocha? Nawet nie wie, kiedy jej krzyk przemienia się w szept. Czy wiesz, jaka jestem wściekła, kiedy za każdym razem ci wybaczam, a czasami nawet usprawiedliwiam twoje czyny? Wiesz, jak ciężko patrzeć mi na cierpienie twoich dzieci? Colleen tak bardzo przypomina mi młodszą ciebie, jeszcze z czasów Hogwartu, kiedy byłaś sobą. Ociera łzy płynące po jej policzkach. Nie potrafi dłużej patrzeć na twarz Amandy. Nie masz o niczym pojęcia, ponieważ nie masz czasu. Ani dla mnie, ani nawet dla swoich córek. Nic nie mów rzuca pospiesznie, widząc, ze kobieta otwiera usta. Nie chce tego słyszeć. To tylko puste słowa. 

          Ostatni raz spogląda w oczy Amandy, po to tylko, by upewnić się, ze jej przyjaciółka odeszła bardzo dawno, a ona sama może mieć żal do siebie, że nic nie zauważyła.

          Chcę, żebyś wyszła i więcej nie pojawiała się w moim domu. 

          Doreo, nie możesz mi tego zrobić...

          Tak samo, jak ty nie możesz zostawiać swoich dzieci odpowiada. A jednak to robisz. Wyjdź. Natychmiast.

          Jakie jest uczucie po stracie przyjaciela, powiernika, siostry? 

          Dorea prawie nic nie czuje. Może dlatego, że wie, że straciła Amandę wiele lat wcześniej? A może zbyt wiele cierpienia ona i inni ponieśli przez tę kobietę, by teraz mogła się tym zamartwiać. Poza tym, ma większe rzeczy na głowie. Jej synowie i córka są w Świętym Mungu. I musi być teraz z nimi.

          Salon Potterów wypełnia trzask teleportacji, a sekundę później trzask drzwi wejściowych.
*****

          Co z moimi synami? Co z Jamesem i Syriuszem?

          Trzeba czekać, pani Potter.

*****

          Widok Dorei Potter rozdziera jej serce, sprawia, że chce krzyczeć, wyć z bólu. Ale tego nie robi. Trzyma wszystko w środku, nie pozwalając żadnemu z uczuć wydostać się na zewnątrz, nawet, jeśli przynosi jej to cierpienie. 

          Kobieta siedzi pod ścianą, między jednymi, a drugimi drzwiami, prowadzącymi do sal operacyjnych, w których znajdują się James i Syriusz. Colleen wie, że powinna ją mocno przytulić. 

          Wie też, że to nie będzie miało żadnego znaczenia.

           Siedzi więc, wsparta głową o ramię Remusa, z którym czuje się bliżej, niż kiedykolwiek wcześniej. Podobno przyjaciół poznaje się w biedzie, a największe cierpienie łączy ludzi. Może właśnie tak jest. 

          Czekanie ją zabija. Z każdą sekundą, minutą, godziną czuje się coraz słabsza, coraz bardziej wypełniona bólem przeszywającym jej serce. I nic się nie dzieje. Czas płynie, a Uzdrowiciele nie wychodzą z żadnej z sal. Nikt nic nie mówi. Jedyne słowa, jakie usłyszeli tysiące razy podczas ostatnich godzin to "trzeba czekać". Colleen nienawidzi tych dwóch słów z całego serca. Nienawidzi Świętego Munga. Nienawidzi widoku tych dwóch drzwi. Nienawidzi białych ścian, białej podłogi, białego sufitu. Każdy drobny szczegół, który dostrzega, wbija kolejny nóż w jej serce

          Nie tak to powinno wyglądać. James i Syriusz powinni siedzieć razem z nią i pozostałymi w Pokoju Wspólnym Gryffindoru, śmiejąc się z tego, co wydarzyło się w ministerstwie. Powinni dumnie chwalić się tym, jak powalili jednego ze Śmierciożerców na ziemię, jak zwinnie działali. A ona powinna patrzyć na nich z powątpiewaniem, rzucając jakiś kąśliwy komentarz, śmiejąc się. Przecież poprzednim razem ona i Łapa wyszli z tego cało. Dlaczego teraz było inaczej?

          Przymyka oczy. Może sen przyniesie ukojenie. Może chociaż tam będzie mogła nadal widzieć roześmiane twarze przyjaciół. 

          Może powinna zasnąć razem z nimi.

*****

          Przepraszam, chciałam spytać, jak długo potrwają jeszcze te operacje? To moi synowie, chcę wiedzieć...

          Proszę pani przerywa Uzdrowicielka mówiłam już, że nic nie mogę zrobić. Trzeba czekać.  

*****

          Różne uczucia wypełniają serce Remusa Lupina. Są tak skrajne, że ciężko je sprecyzować, ale właściwie po co miałby to robić? Nieważne, co on czuje. Liczy się tylko to, że dwójka jego najlepszych przyjaciół leży w dwóch salach, a oni nawet nie wiedzą, co z nimi będzie, jaki jest ich stan.

          Jest smutny, kiedy patrzy na podpuchnięte oczy Colleen Avis, bo wie, że jeśli ona płacze, musi być bardzo źle. Jest smutny, kiedy dziewczyna opuszcza słabo powieki, zapewne licząc na to, że sen przyniesie ukojenie. I nie ma serca, by powiedzieć jej, że nawet to nie pomoże.

          Jest zrozpaczony, kiedy widzi Doreę Potter, siedzącą na zimnej posadzce z głową wspartą o białą ścianę. Łzy płyną po jego policzkach, kiedy widzi czysty ból w jej orzechowych oczach. Oczy Jamesa. 

          Nie wie, co czuje, kiedy nagle w szpitalu zjawiają się Walburga, Orion i Regulus Black. Może to obrzydzenie, szok i nienawiść? Nie wiedział, że jest w stanie coś takiego odczuwać. Teraz jednak, kiedy patrzy na kobietę, która urodziła Syriusza, nie potrafi nie zmrużyć oczu i nie zacisnąć pięści. Jak śmiali tutaj przychodzić?

          Nie pamięta też dokładnie momentu, w którym Colleen zrywa się na równe nogi, by stanąć przed panią Black. I chociaż to nie wróży niczego dobrego, Remus wie, że Syriusz zasłużył na to, by jego matka została poniżona. Za te wszystkie lata, kiedy traktowali go jak psa, nie syna.

          Jak śmiesz tu przychodzić? Colleen wypowiada jego ciche myśli i Remus ledwie powstrzymuje uśmiech. On by cię tutaj nie chciał.

          Odsuń się, głupia dziewucho. Nie przyszłam tutaj do ciebie, tylko do mojego syna.

          Syna?! prycha Avis. To już nie jest twój syn! 

          Walburga w odpowiedzi uśmiecha się kpiąco, a Remus przez krótki moment ma ochotę rzucić w nią jakąś klątwą. Byleby tylko zniknęła.

          Ty to zapewne Colleen Avis, czyż nie? - mówi głosem przepełnionym jadem. - Zdrajczyni krwi, Gryfonka - prycha z obrzydzeniem - córka Amandy i Teda, prawda? Och, znam twojego ojca bardzo dobrze. Zwykły, nic nie warty...

         Kilka rzeczy wydarza się w następnych sekundach. 

          Colleen wyciąga różdżkę i wycelowuje nią prosto w serce pani Black. W odpowiedzi Orion robi to samo, gotowy rzucić zaklęcie na dziewczynę. I wtedy Dorea wstaje z podłogi, po to, by stanąć przed Colleen. 

          Nagle Remus rozumie, jak silna jest miłość pani Potter do Collie, Jamesa i Syriusza. To matczyna miłość. 

          - Witaj, Walburgo. Kopę lat.

          - Dorea. - Black niemal wypluwa jej imię, patrząc na nią ze szczerym obrzydzeniem. - Jesteś tu sama? Gdzie zgubiłaś swojego drogiego męża, Charlusa, tego samego, przez którego wypalono twoje imię z drzewa Blacków?

          - To miło, że się o niego martwisz. Spokojnie, przybędzie tu lada moment - odpowiada, patrząc prosto w szare oczy kobiety. - Ty za to, jak sądzę, powinnaś już wyjść. 

          Zimny, sztuczny śmiech wypełnia korytarz i Remus krzywi się na jego dźwięk. 

          - Nadal jesteś tak samo głupia, jaką cię zapamiętałam, Doreo.

          - Milcz, ty obrzydliwa, stara... - Colleen ponownie unosi różdżkę.

          Orion już wypowiada ze stoickim spokojem regułkę Niewybaczalnego Zaklęcia, kiedy niespodziewanie między nimi staje Regulus Black. I jednym, szybkim ruchem rozbraja własnego ojca.

          W pomieszczeniu zapada cisza.

          Remus wie, co Colleen zrobiła dla Regulusa. James mówił mu o tym, przepełniony niezrozumieniem - sam zrobiłby wszystko, żeby brat Syriusza dostał odpowiednio ukarany za swoje czyny. Ale teraz chłopak odpokutował. Lupin nie może powstrzymać uśmiechu wdzięczności. Patrzy na Lily, która wpatruje się w scenę z szeroko otwartymi oczami i na Petera, który uśmiecha się szeroko. Przynajmniej są tutaj wszyscy razem.

          - Co to ma znaczyć, Regulusie? - cichy, chłodny głos Walburgi przeszywa jego ciało i krzywi się mimowolnie, w głębi duszy nawet współczując młodszemu Ślizgonowi. Teraz będzie miał czyste piekło, takie, przez które przechodził Syriusz. I przez moment myśli, że wcale nie są tacy różni. Wręcz przeciwnie. Są bardzo, bardzo podobni.

          - Znaczy to tyle, że uważam, że wszyscy powinniście ochłonąć - mówi spokojnie, jego głos nawet nie drży. I to chyba właśnie jedyna różnica między nim, a Syriuszem. Starszy z Blacków jest impulsywny, niezdolny do opanowania emocji. Regulus to jego całkowite przeciwieństwo. Nawet teraz, kiedy stoi przed patrzącą na niego z niedowierzaniem matką, nawet nie zaciska pięści. - A ty, matko, musisz pamiętać, po co tutaj przyszliśmy.

          Remus marszczy brwi, kiedy Lily Evans niespodziewanie wstaje ze swojego miejsca i patrzy na rodzinę Blacków z niezrozumieniem. 

          - A po co właściwie tutaj przyszliście? 

          - Och, ty mała, brudna szlamo - zaczyna Walburga, uśmiechając się jadowicie. - Przyszliśmy tutaj zabrać mojego syna do domu, tam, gdzie jego miejsce.

 *****

           Amanda wpada na korytarz nagle i niespodziewanie, i widzi zdziwienie wymalowane na twarzach wszystkich zebranych. Wszystkich, oprócz Colleen i Dorei - one nawet na nią nie patrzą, siedząc na podłodze wtulone w siebie. Pani Avis ignoruje bolesne ukłucie w klatce piersiowej. 

          Nigdy nie spodziewała się usłyszeć takich słów ze strony własnej przyjaciółki. Nigdy nie sądziła, że jej własna córka będzie w stanie nienawidzić jej całym sercem. Nie spodziewała się, że młodsze dziecko będzie wolało Doreę za matkę. Nie sądziła też, że jest w stanie tak bardzo się zmienić. 

          Ale to się stało. Szybko i nieodwracalnie, nim nawet zdążyła cokolwiek zauważyć.

          Wie, że Dorea miała rację. Każde jej słowo było prawdziwe, miało ogromną wagę. Dlatego nie potrafi spojrzeć jej w oczy, kiedy zbliża się do grupki nastolatków. Nie patrzy też na Colleen - nie zniesie obojętności na jej twarzy.

          - James zapadł w śpiączkę - informuje, a jej głos nawet nie drży. Nie stać jej na wyrzuty sumienia, na współczucie. Recytuje więc wyuczoną na pamięć formułkę. Tylko tyle potrafi zrobić. Oto, kim się stała. - Bardzo mi przykro, ale nie wiem, kiedy się obudzi. I czy w ogóle do tego dojdzie.


*****

          Spodziewa się zobaczyć wszystko, kiedy otworzy oczy. Białą salę, dziesiątki twarzy pochylonych nad nim ze zmartwieniem, a może nawet zwykłą ciemność. Wszystko, ale nie to, co widzi. 

          A widzi piekło. Jego własne, osobiste piekło, bez ognia i czerwieni, ale za to przepełnione bólem, chłodem i strasznymi wspomnieniami, które wolałby wymazać z pamięci raz na zawsze.

          Co on, do cholery, robi na Grimmauld Place?

          - Nareszcie się obudziłeś, Syriuszu.

          Zna ten głos zbyt dobrze, by nie wiedzieć, do kogo należy.

          Walburga Black stoi przed nim z wyciągniętą różdżkę, celując nią prosto w jego serce. Patrzy na nią ze szczerym obrzydzeniem. To nie jego matka. Nigdy nie widział w niej nikogo więcej, niż kobiety, która była na tyle łaskawa, by go urodzić. W jego oczach od zawsze była i na zawsze będzie niczym.

          - Nadszedł czas, aby wypoić z ciebie wszystkie te żałosne zasady, jakie poznałeś w Gryffindorze. 

          Nawet nie krzyczy, kiedy zaklęcie Crucio wypełnia jego ciało niewyobrażalnym bólem. Nie da jej tej satysfakcji.

          Uciekł już raz. Dlaczego nie miałby zrobić tego i teraz?
*****
Bardzo, bardzo dziękuję za komentarze pod poprzednimi rozdziałami.
Spokojnie, sprawa z Ministerstwem Magii nie zakończy się tak szybko,
możecie być pewni.
Pozdrawiam!